Site icon Byłem tu. Tony Halik.

Podróż Koleją Transsyberyjską: Syberia Wyprawa Zaćmieniowa – Dzień 1: Warszawa – Terespol – Brześć

Wyprawa Zaćmieniowa „Syberia 2008” – Dzień 1.
26 lipca 2008 (sobota)

Wczoraj nie spałam do trzeciej nad ranem, bo ogarniałam jeszcze ostatnie pranie i pakowanie. Wyjazd na Syberię to moja pierwsza wyprawa na taką skalę – odległości wydają mi się absurdalne (czeka nas kilkanaście tysięcy kilometrów lądem)  i jeszcze nigdy nie byłam w podróży tak długo (3 tygodnie, z czego większość czasu spędzimy w pociągach). No i nieco stresuje mnie fakt, że jedziemy tak daleko na wschód…

Kondi podróżował już po Rosji – do Moskwy, Petersburga. Ja wcześniej byłam w Białorusi, ale byłam tam dawno, w 2002 roku, na dodatek na oficjalnie rządowe zaproszenie, bo pojechaliśmy tam z chórem, by wziąć udział w koncercie w Mińsku, a potem w festiwalu w Mohylewie. Wspominam ten wyjazd bardzo dobrze, ale do dzisiaj pamiętam, jak stresowałam się na ulicy na widok wojskowych i milicjantów w czapkach z gigantycznymi rondami (oczywiście i tak próbowałam dyskretnie robić im zdjęcia). W prorosyjskiej części Białorusi na każdym kroku powtarzano nam, żebyśmy na ulicy nie rozmawiali głośno po polsku i (broń Boże!) nic nie komentowali (niepochlebnie), bo tam nie lubią Polaków. Ale już w Mohylewie babcie podbiegały do nas z wnuczkami i cieszyły się, że spotkały rodaków. Opowiadały, że wnuczków posyłają po lekcjach do drugiej, polskiej szkoły (Nu, dawaj, powiedz pani wierszyk po polsku!). Przykre było to, że nie wpuścili wtedy do kraju naszej chórzystki pochodzącej z Ukrainy – Irina musiała wracać nocą do Warszawy prywatnym samochodem. Ale ogólnie wspominam ten wyjazd pozytywnie.
Teraz znowu będziemy jechali przez Białoruś. Zastanawiałam się, czy wielka czerwona pieczątka AB w moim paszporcie będzie odbierana  pozytywnie, czy może wręcz przeciwnie? Wizę w sumie wydali bez problemu, a co będzie na granicy, to okaże się już za kilka godzin w Brześciu.

Podróż rozpoczynamy na Dworcu Warszawa Wschodnia. Dworzec „Wschodni” jest bardzo zaniedbany, nieco niebezpieczny (ach, te praskie klimaty) i jeśli nie muszę, to, chociaż mieszkam po prawej stronie Wisły, raczej tu nie wsiadam do pociągów, tylko wybieram (nieco mniej obleśny) „Centralny”. Zresztą zazwyczaj jadę na południe lub zachód. Natomiast skąd, jak nie z Dworca Wschodniego wyruszać na daleki wschód Europy, a potem do Azji? :)

Cały czas nie mogę uwierzyć, że jedziemy do Azji lądem. Lądem! Wydaje mi się to jakieś takie… surrealistyczne. Wiele dni w drodze, jak w XIX wieku. Z drugiej strony nie mogę się już doczekać, kiedy będę obserwować zmieniający się za oknem krajobraz Rosji. A jeszcze wcześniej spełni się jedno z moich marzeń – Moskwa. Od lat marzę, by podreptać moskiewskimi uliczkami! Ale najpierw przystanek Brześć. A jeszcze wcześniej Terespol.

Warszawa Wschodnia, Polska

6:00 rano. Zapowiada się upał. Na dworcu „Wschodnim”, na asfaltowym peronie na nasz pociąg czeka kilka osób. To na pewno nasi – no bo kto w sobotę o świcie jedzie do Terespola? I to z plecakiem fotograficznym i statywem? Popatrujemy na sympatyczną dziewczynę, która wygląda jak my – ubrana na czarno, obładowana sprzętem fotograficznym, z wielkimi znakami zapytania w oczach. Nie myli nas instynkt. To Ania, nasza towarzyszka podróży przez najbliższe trzy tygodnie. Ania uczy chemii, a w między czasie wygrywa konkursy fotograficzne zdjęciami wiejskich chat i kapliczek. Zdjęcie robi na błonach pozytywowych – tzw. slajdach. Stara szkoła. My już zdecydowaliśmy się na cyfrowe lustrzanki – Kondi, kilka lat temu, ja – dwa tygodnie temu… Ledwo oganiam mój nowy, kupiony w Niemczech za dolary aparat. Robiłam wcześniej co prawda zdjęcia cyfrową hybrydą, ale nowa cyfrowa lustrzanka Canona to dla mnie trochę szok po „normalnej” Minolcie na klisze, której używałam do tej pory. Do pociągu wsiada z nami jeszcze jedna rodzina – małżeństwo z synem.  Popatruję na sympatycznego faceta i chyba wiem, kto to jest. Mój kumpel opowiadał mi o nim – jest łowcą zaćmień. Nawet z nim mailowałam na temat tegorocznego zaćmienia – pisał, że wybiera się z rodziną i z jakąś grupą do Rosji, ale nie przyszło mi do głowy, że jedziemy w jednej ekipie. Świat jest mały. A może to podobni ludzie o podobnych pasjach przyciągają się do siebie.

Wsiadamy. W wagonach jest już kilka osób z naszej ekipy zaćmieniowej (widać to po statywach i teleskopach, które taszczą ze sobą) – część jedzie z Poznania, część z Podkarpacia, część znad Bałtyku. Z resztą ekipy spotkamy się w Moskwie, bo wyruszyli dwa dni wcześniej, by przy okazji odwiedzić jeszcze Petersburg. Mieszanka niesamowita – jest nauczycielka fizyki, fotografowie, astronomowie-amatorzy z grupy dyskusyjnej, jest bardzo wiekowy pan Tadeusz, który już nie jedno zaćmienie widział (rok wcześniej np. był w Istambule) – jedzie z drewnianą skrzyneczką, w której ma obiektyw do astrofotografii, jest Anka, studentka projektowania ubioru z Londynu (która później, już w Transsibie, kupi od jednej babuszki wełnę czesaną z syberyjskich psów do swojego modowego projektu – Это шерсть собаки? Я беру!).

W pociągu dostajemy pakiet podróżny – okolicznościową koszulkę z zaćmionym słońcem, okulary z filtrem z folii Baader do obserwacji zaćmienia, mapki i informacje astronomiczne. W pociągu dowiadujemy się też o turbulencjach kolejowych – z uwagi na remont torów gdzieś po drodze trzeba się będzie przesiąść w pociąg zastępczy i nim dotrzeć do Terespola. Niby przeszkoda, ale dzięki temu w Łukowie, bo to tam mieliśmy przesiadkę, udaje się nam kupić bułki i jogurt na śniadanie. :)

Terespol, Polska

Z Terespola tzw. „pociągiem przemytnikiem” przejeżdżamy przez most na rzece Bug i granicę polsko-białoruską. Dlaczego ten pociąg nazywany jest „przemytnikiem”? Ano dlatego, że ludzie jadąc nim (zwłaszcza w tę drugą stronę, do Polski), by uniknąć płacenia cła, wyrzucają swoje towary przeznaczone na handel za okno, a „zaprzyjaźnieni” Polacy zbierają je cichaczem z pobocza. W pociągu dostajemy karteczki z formularzem imigracyjnym. Zastanawiam się, co mam tam wpisać, ostatecznie wpisuję jakieś pierdoły – aparat i obiektywy plus na szybko oszacowaną ich wartość – jeszcze potem każą mi płacić cło za aparat przy powrocie do kraju. Przecież to Białoruś! Dziki Wschód, nie? Bo już jesteśmy po odprawie. :P

W „Przemytniku” jadącym z Terespola do Brześcia, czyli „na granicy” polsko-białoruskiej

Brześć, Białoruś

Udało się! Jesteśmy na miejscu. Mamy 3 godziny dla siebie, szybko zwiedzamy najbliższą okolicę – betonowo, asfaltowo, szaro, buro i ponuro, dokładnie tak, jak to zapamiętałam z 2002 roku, natomiast pośród tej nijakości pobielany pałac, czyli nasz dworzec kolejowy.

[Widok dworca był zapowiedzią tego, co czekało nas przez najbliższe tygodnie, bo dworce w Rosji są niesamowicie okazałe – istne „zastaw się, a postaw się” i to dosłownie, bo często w danym miasteczku prócz dworca niewiele się uświadczy.]

Брэст (czyt. Brest), czyli Brześć przywitał nas dworcem kolejowym przypominającym pałac (a przynajmniej warszawski PKiN – Pałac Kultury i Nauki) :)

Podobno dalej w mieście, jest muzeum kolejnictwa oraz park poświęcony pamięci zasłużonych dla ZSRR. Teraz mamy za mało czasu, by tam iść, ale liczymy na to, że w drodze powrotnej uda się nam je zobaczyć. Tymczasem wypłacamy w bankomacie pierwsze białoruskie ruble – na piwo Baltikę i ciepłe bułeczki z kapustą (pyszne!). Przez pomyłkę, zamiast 100 wypłacamy równowartość 10 zł i operację trzeba powtórzyć. ;)

Czekamy, aż podstawią nasz pociąg do Moskwy. Pociąg ma jechać przez Smoleńsk i Mińsk, na który bym chętnie znowu popatrzyła, ale który będziemy mijać jakoś nocą, zatem pewnie niewiele będzie widać. Naszego pociągu nie ma. Przez megafony po białorusku ogłaszają, że jednak podjedzie. Pędzimy na peron. Nic. Rozglądam się zdezorientowana, reszta naszych też nie bardzo wie, co robić, Kondi śmieje się, że na wschodzie to przecież tak jest i mam czekać spokojnie. :)

Czekam na nasz pociąg do Moskwy na dworcu kolejowym w Brześciu, który – delikatnie mówiąc – nieco się opóxnia…


Nasza trasa na dzisiaj i jutro: jedziemy przez Mińsk, mijamy Mohylew, przekraczamy granicę z Rosją, Smoleńsk i Moskwa (na mapie wyświetla się jakiś dziwny objazd, ale my jechaliśmy prosto z Baranowiczów do Mińska)

Rzeczywiście pociąg po jakimś czasie (czytaj: po około dwóch godzinach) wjeżdża na peron. Długi na kilkanaście wagonów. Nasz wagon – jeden z ostatnich – już nie zmieścił się przy peronie. :D Z bagażami zeskakujemy z wysokiego peronu i zarośniętym torowiskiem (widzę podobieństwa z naszym warszawskim dworcem) przedzieramy się, aż do naszego wagonu. Jest moc.

Odnajdujemy swoje miejsca, odbieramy pościel, sadowimy się. Jakoś przed 18:00 wyruszamy w żelazną drogę do Moskwy!
Konrad tłumaczy mi, że w Transsibie, na tzw. wagonie plackartnym jest niemal dokładnie tak samo – zatoczka podobna do naszego przedziału z kuszetkami, tyle że otwarta –  po bokach okna po dwa piętrowe łóżka i trzecia półka na bagaż. Vis a vis okna, równolegle do ściany wagonu przytulone trzecie piętrowe łóżko. Łącznie na „boksik-jednostkę”  przypada 6 osób.

W pociągu z Brześcia do Moskwy – podobno w Transsibie, w wagonach plackartnych, jest podobnie, zatem mamy przedsmak podróży :)

Kiedy już zadomowiliśmy się na naszych „miejscach”, przyglądam się naszym biletom. Powoli dociera do mnie, że jedziemy na wschodnią ziemię, gdzie bez znajomości rosyjskiego nie będzie łatwo. Dzięki temu, że wiele lat śpiewałam w chórze, a moi dyrygent i nauczyciel emisji głosu pochodzili ze Lwowa i śpiewaliśmy dużo muzyki cerkiewnej po staro-cerkiewnosłowiańsku, ukraińsku, rosyjsku, itd., nauczyłam się rozszyfrowywać bukwy. Teraz właśnie rozszyfrowywałam nasze bilety zapisane w cyrylicy.

Mój (Asiowy) bilet na pociąg Kolei Transsyberyjskiej relacji Moskwa – Nowosybirsk (bilety z białoruskiego pociągu zakosili nam konduktorzy)

W pociągu (nie to nie jest tylko nasze piwo, ale łącznie aż 6 osób)

Wymęczeni emocjami,  upałem, pociągami i oczekiwaniem na kolejne pociągi, zrelaksowani po piwku dosyć szybko zasypiamy usypiani stukotem kół pociągu uderzających o tory – dźwiękiem, który początkowo obcy, szybko stał się bardzo swojski, bo towarzyszył nam przez wiele kolejnych dni. W nocy przekraczamy granicę, ale pogranicznicy tylko cichcem przemykają naszym wagonem i wcale nie chcą oglądać naszych paszportów. W końcu i tak wiedzą już o nas wszystko.

Do Moskwy mamy dojechać na 9:00…

Na placu Czerwonym w Moskwie – Cerkiew Wasyla Błogosławionego jest naprawdę imponująca!

 

c.d.n. …

[jetpack_subscription_form show_subscribers_total=0 title=0 subscribe_text=”Nie chcesz przegapić kolejnego konkursu? Subskrybuj nasz blog Byłem tu. Tony Halik. przez e-mail.” subscribe_button=”Zapisz się!”]
Exit mobile version