Site icon Byłem tu. Tony Halik.

Japonia – jak zorganizować wyjazd #2

Czy warto jest skrupulatnie zaplanować cały pobyt w Japonii (czy w jakimkolwiek innym kraju)? Mówiąc pobyt, mam na myśli 3-4 tygodnie i dłużej, bo jeśli nie udajemy się na kilkudniowy wyjazd służbowy, nie wygraliśmy 10-dniowej wycieczki albo nie jedziemy na ślub, to na samodzielny wyjazd do Japonii warto przeznaczyć trochę więcej czasu (w miarę finansowych i urlopowych możliwości rzecz jasna). Moja odpowiedź nie jest zbyt odkrywcza, bo brzmi: zależy (niech żyje Einstein!). Zależy od tego, co rozumiemy przez „skrupulatnie”, od tego, na ile jesteśmy elastyczni i na ile nie wpadamy w panikę, jeśli coś nam wyleci z planu lub idzie po myśli innej, niż ta nasza pierwotnie założona.

Oto jak wyglądała nasza planowana trasa (na 1 m-c); z tą realizowaną pokrywa się w jakichś… 50% (nie zrobiliśmy wcale mniej km, tylko km okazały się inne)

Może zacznę od końca. Jeśli jedziemy do Japonii na kilka, kilkanaście dni, a do tego na miejscu do wieczora będziemy siedzieć w pracy, to rzeczywiście dobrze jest szczegółowo posprawdzać dni i godziny otwarcia danych przybytków (oraz kiedy wejście do nich jest bezpłatne), godziny odjazdów (a zwłaszcza ostatnich powrotów) pociągów, autobusów i metra (inaczej czeka nas przymusowe zwiedzanie kapseru hoteru), żeby maksymalnie wykorzystać czas i zobaczyć jak najwięcej. W przeciwnym razie będziemy sobie potem pluć w brodę.
W sumie powyższe dotyczy i dłuższego wyjazdu. Ale przy dłuższym pobycie można się jednak trochę zrelaksować, odpuścić dzień czy dwa, nie pędzić z wywieszonym językiem od kōenu* do kōenu i od zamku do zamku.

Weźmy choćby Tokio. Ostatnio znajomy, pakując się do pociągu w Kioto (po sześciu spędzonych tam dniach – a i tak nie widział w końcu Kiyomizu-dery!), pyta mnie, ile dni minimum powinien przeznaczyć na zwiedzanie Tokio. Moja subiektywna odpowiedź „siedem”, nie zadowoliła go zupełnie, bo sobie wcześniej wymyślił, że wystarczą mu trzy. A właściwie dwa i pół, bo trzeba odliczyć czas na dojazd do samego Tokio oraz – już na miejscu – do hotelu. Nawiasem mówiąc –  bliższe tokijskie przedmieścia i dalsze tokijskie przedmieścia to nie dokładnie to samo, dlatego warto zamieszkać się bliżej centrum, żeby nie płacić fortuny za dojazdy metrem/kolejką (w Tokio płacimy za przejechany dystans).
Teoretycznie da się zaznać Tokio w 2,5 dnia. Sama dałam radę w owe 2,5 dnia przeciągnąć kolegę z pracy po, moim zdaniem, najfajniejszych tokijskich miejscówkach. Ale to był naprawdę sprint ze stoperem w ręku…

Tokio hardkorowo – w 2,5 dnia
Hardkor, ale da radę, jak się człowiek szybko ogarnie z metrem (mapkę warto przestudiować wcześniej, żeby się otrzaskać z nazwami, a właściwie kolorami linii – znajdziemy ją m.in. w naszym przewodniku po tokijskim metrze, czy w przewodniku LP Japan).

No, da się. Ale gdybym nie była w Tokio trzeci, a właściwie to czwarty, raz, to chyba bym tego nie ogarnęła. No ale ile jeszcze rzeczy do zobaczenia zostało. Takich „must see” i „must done”?!

Osławiona Suica, co otwiera wszystkie magiczne bramki – w logo ma arbuza, a jej maskotką jest pingwin (szkoda, że nie sójka); btw ma już nawet swoje własne drinki :)

Tokio normalnie (dłużej niż 2,5 dnia)
Pozostały choćby takie ciekawostki jak dzielnica Roppongi z jej wieżowcami i do niedawna najwyższą wieżą miasta – Tokyo Tower, czyli repliką (ponoć wyższą) wieży Eiffla, tyle że przemalowaną na czerwono (widok przedni), Park Yoyogi z shintoistyczną jinją* (wym. dzindzią), parada gotyckich freaków i lolitek i shopping w Harajuku, Shibuya i odwiedziny u pieska Hachiko (i kawa w Sturbacksie z widokiem na placyk, żeby sobie popatrzeć na owo słynne skrzyżowanie), aukcja tuńczyków, targ i świeżusieńkie, najlepsze na świecie, sushi w Tsukiji (a nawiasem mówiąc obok jest piękna buddyjska świątynia), Akihabara, czyli elektro-królestwo, w którym kupi się sprzęt i gadżety, o jakich w Europie nikt nawet nie śnił (z godzinę żeśmy się zastanawiali, jak przymocować fabrycznie opakowaną, elektryczną deskę klozetową firmy Toto do plecaka ze stelażem, żeby to w dalszym ciągu była jedna sztuka bagażu), odwiedziny i zakupy w centrum komiksowych, mangowych, animowych i figurkowych freaków w Nakano… To tak mi przychodzi na myśl na poczekaniu…

Tokyo Tower, Roppongi, Tokio

No dobra, rozpisałam się tu o Tokio – potraktujmy ten tekst, jako preview do wpisów tokijskich… – a miałam pisać o tym, czy jest sens, czy sensu w tym nie ma, aby zaplanować każdą minutę wyjazdu. Moim zdaniem nie ma co tak robić, bo się człowiek czuje jak na wycieczce pracowniczej, co to pod czujnym okiem kaowca się wypełnia po kolei punkty z planu.

Mapki z subiektywnymi „must see”
Natomiast na pewno warto sobie przejrzeć na spokojnie przewodnik (w LP pojawiają się całkiem sensowne „trasy spacerowe”), fora internetowe, nawet foldery reklamowe biur podróży (też mają trasy zwiedzania, aczkolwiek na ogół bardzo intensywne i z dopasowanym co do minuty transportem, zatem trzeba brać poprawkę, że nam zajmie wszystko dłużej) i pozaznaczać na mapkach Googla atrakcje, które nam wpadły w oko [sprawdź naszą mapę atrakcji Tokio]. Wtedy można sobie pogrupować owe „must see/do/eat” w grupki i nie płakać, jak się nagle przypomni, że się zapomniało iść to tej fajnej świątyni, bo się trafiło do innej fajnej świątyni, ale jednak ta pierwsza, to ta bardziej „must see”… No w sumie głupio byłoby nie być w końcu w Kinkaku-ji (Złotej Świątyni) w Kioto, nawet jeśli policzylibyśmy wszystkie kamienie w ogrodzie zen sąsiedniej Ryōan-ji, czy odwiedzili 10 innych małych świątynek. Po prostu nie godzi się być w Kioto bez odwiedzin w Złotym Pawilonie! To trochę jak pojechać do Rzymu i odpuścić sobie Koloseum… :P

Kinkaku-ji, Złota Świątynia (Złoty Pawilon) – najsłynniejsza świątynia Kioto

Zatem robimy listę i mapkę rzeczy, które chcemy zobaczyć, grupujemy je, szacujemy na podstawie opisów tras, rozmów ze znajomymi, dyskusji na forach, ile nam zajmie pobyt w danym mieście, wybieramy miasta, które rzeczywiście nas ciągną. Moim zdaniem trzeba być w tym momencie bardzo fair wobec siebie. Bo może nie warto pchać się z Tokio do Hiroshimy tylko po to, by zobaczyć muzeum i Atomic Bomb Dome, bo tak wypada, bo się potem będą pytać o tę nieszczęsną Hiroshimę… Lepiej poszukać czegoś fajniejszego bliżej, np. popłynąć promem na jedną z wysepek nieopodal Tokio, gdzie można popływać z delfinami. Japonia to droga impreza i nie ma sensu robić czegoś na siłę. To ma być przede wszystkim Wasza wyprawa, dlatego warto robić tylko te rzeczy, które naprawdę Wam sprawiają przyjemność. Nawiasem mówiąc, Hiroshima mi się nawet podobała, ale na pewno nie chciałabym w niej siedzieć dłużej niż jeden dzień. Poza tym i tak byłam zawzięta, żeby pojechać do pobliskiej Miyajimy, bo jednym z moich osobistych „must see” była „pływająca brama torii” (floating torii gate), zatem Hiroshimę zrobiliśmy trochę przy okazji. ;)

Miyajima, „pływająca brama torii” (floating torii gate) – tak wiem, że ta fota już była, ale nie mogłam się powstrzymać…

JR Pass – kiedy aktywować
Ważne jest też to, by dobrze rozplanować sobie przejazdy shinkansenami, bo od tego zależy, na ile dni nam dany JR Pass jest potrzebny. Na 3-tygodniowy pobyt w Japonii nie warto kupować 3-tygodniowego passa. Wystarczy 2-tygodniowy, bo i tak pierwsze dni na ogół spędzamy w Tokio (jeśli przylatujemy na Naritę) lub w Kioto/Osace (jeśli przylatujemy na któreś z lotnisk w Osace). A i tak na ekspresy z lotnisk, np. Narirta Express, mimo że to pociąg Japan Rail, nasz JR Pass niestety nie działa (tak wiem, chamstwo!). Przed wylotem z Japonii również warto spokojnie zjechać do miasta na dzień lub dwa wcześniej (jako miasto mam na myśli Tokio lub Kioto, nie broń boże, samą Naritę – absolutnie nie ma sensu kwitnąć w hotelu przy lotnisku), zwłaszcza jeśli powrotny lot mamy przed południem.
Poza tym jeśli ktoś planuje wspinaczkę na Fuji, to w górach też mu ten pass nie potrzebny. A nie ma sensu płacić za dni, których na pewno nie wykorzystamy.

My kupiliśmy 3-tygodniowe JR Passy na 4-tygodniowy pobyt. Pierwsze dwie noce spędziliśmy w Tokio, kolejną na Fuji, kolejne dwie też w Tokio, by wreszcie wyruszyć do Kioto i dalej na południowy-zachód. Do Tokio zjechaliśmy dwie noce przed wylotem. Bo chcieliśmy spokojnie zrobić zakupy giftowe i suwenirowe, ostatni raz skoczyć do naszego ukochanego go-around-sushi baru w Asakusie, poszwendać się po Odaibie. Tak więc 3-tygodniowy Pass nam w zupełności wystarczył.

Trzeba sobie dokładnie przemyśleć, którego konkretnie dnia chcemy aktywować JR Pass. Bo o ile kupuje się go na dany okres trwania (niby się podaje w zamówieniu od kiedy, do kiedy chcemy go używać), ale konkretną datę aktywacji passa podaje się dopiero w Japonii, w specjalnym punkcie. Taki punkt znajduje się na lotnisku Narita (na przeciwko wejścia na peron Narity Express), ale nie ma go w samym Tokio. Zatem się nie zgapcie (lub nie odkładajcie tego na później), bo powrót na Naritę w celu aktywowania passa i z powrotem to niepotrzebna strata kasy (ok. 5,5 tys. jenów w obie strony/osobę – ekwiwalent nocy dla dwojga w przyzwoitym hostelu) i czasu. A widzieliśmy takich gajdzinów-gapy.

Jak już sobie opracujemy z grubsza taka trasę, to można się zrelaksować z poczuciem dobrze wykonanej, prawie nikomu niepotrzebnej, roboty. Bo trasę na pewno pięć razy zmienimy na miejscu…

——–
kōen (公園) – park;
biru (ビル) – budynek (skrót od ang. building);
bentō (弁当) – dosłownie znaczy lunchbox, ale chodzi o lunch w pudełku z przegródkami, składający się m.in. z ryżu, innego ryżu, ryżu… rybki, mięska, sałatki, makaronu… Można gotowy zestaw kupić w sklepach, supermarketach, ale i w budkach na peronach;
jinja (神社) – świątynia sintoistyczna, często zwana po polsku chramem (ang. shrine) – w odróżnieniu od (o)tery ((お)寺 – ~tery lub ~dery) – czyli świątyni buddyjskiej.

Uważasz, ten wpis za przydatny?
Wesprzyj naszą niekomercyjną stronę i podcast na Facebooku:



Planujesz wyjazd do Japonii?


Exit mobile version