Nasza japońska przygoda

Dzisiaj pierwszy z postów o naszej japońskiej wyprawie.
W Japonii spędziliśmy 4 tygodnie – koniec sierpnia i wrzesień 2012 roku. Podróżowaliśmy głównie po dwóch wyspach – Honshū i Kyūshū, chociaż mieliśmy też wycieczki na mniejsze wysepki – Naoshimę, Miyajimę, Sakurajimę i prawie – bo przez tajfun nie postawiliśmy w końcu na niej nóg – Gunkanjimę*. Nasz wyjazd był bardzo intensywny, czas wykorzystaliśmy (w naszym przekonaniu) do maksimum – zwiedzaliśmy od rana do późnej nocy, w związku z czym trochę nie mieliśmy siły opisywać naszych przygód na Haliku. Za to regularnie wrzucaliśmy zdjęcia na nasze prywatne profile fb (Halik nie miał wtedy jeszcze swojego fanpejdża). I całe szczęście, bo mój telefon został po powrocie do Polski utopiony przez takiego jednego futrzaka i większość zdjęć i filmików z telefonu (zwłaszcza jedzenia) przepadło. Dzięki fb coś tam się zachowało.

Do Japonii przylecieliśmy Aeroflotem, przez Moskwę, gdzie mieliśmy ponad 20 godzinny „przystanek”.  Niestety, a może stety, ów przystanek wypadł w nocy – nie było mowy o wycieczce na Plac Czerwony, ale za to większość czasu przespaliśmy (mieliśmy śpiworki i alumatę), dlatego jakoś strasznie się tam nie wynudziliśmy. Dzięki temu, że zdecydowaliśmy się na tak niekomfortowo długą przerwę, za bilet zapłaciliśmy ok. 2000 zł mniej – w sumie wyszło 2600 zł za osobę w obie strony. Oczywiście można polecieć do Japonii taniej, ale my swoje bilety kupiliśmy zaledwie miesiąc przed wylotem i zależało nam na tym terminie, by jeszcze zdążyć na Fuji, zanim pokryje ją śnieg i zamkną szklaki turystyczne.

Przylecieliśmy na międzynarodowe lotnisko w Naricie, oddalonej od Tokio o około 100 km. Na dworzec główny Tokio, czyli Tōkyō Eki, przyjechaliśmy pociągiem Narita Express (więcej o tym i innych pociągach oraz o biletach przeczytasz tutajtutaj). W Tokio mieliśmy załatwione pierwsze noclegi przez CS (CouchSurfing) oraz mieliśmy zarezerwowany nocleg w schronisku w jednej z baz na Fuji, ale o samym Tokio opowiem w kolejnych wpisach.

IMG_2263

Jesteśmy – 11:10 rano, ale my ledwo stoimy na nogach, bo w Polsce dopiero czwarta nad ranem…

Tokio spędziliśmy kilka dni, bo to idealne miejsce by nieco oswoić się z Japonią, poza tym chciałam pokazać Kondiemu moje ulubione, sprawdzone poprzednio, tokijskie miejscówki. W międzyczasie, w ostatni weekend sierpnia, udaliśmy się na ową wymarzoną wspinaczkę na Fuji,  by ostatecznie wsiąść po raz pierwszy w sławny pociąg Shinkansen i wyruszyć na północny zachód, do Kioto, a następnie do pobliskich Nary i Osaki.

Tokyo z Shinjuku (City Hall)

Tokio – widok z jednej z wież ratusza w Shinjuku na Roppongi

Shinjuku by night

Shinjuku by night

Senso-ji, Asakusa, Tokyo

Tokio – Świątynia Sensō-ji w dzielnicy Asakusa

Fuji summit

Szczyt góry Fuji, 3775,63 m. n.p.m. (tak wysoko nas jeszcze nie było)

My Arashijama

Arashiyama – słynny las bambusowy, niedaleko Kioto – zdjęcie beznadziejne, bo z przedniej kamerki telefonu, ale co tam – pamiątka jest! Lepsze zdjęcia, czyli z aparatu, pojawią się przy okazji wpisu o Arashiyamie – to tylko preview ;)

Nara, Japan

Nara – jelonki przed świątynią Tōdai-ji

Kondi Fugu

Fugu sashimi w Osace (jak widać – przeżyliśmy ten posiłek!)

Maguro Austion

Tokio – największa na świecie aukcja tuńczyków i targ owoców morza – bazar Tsukiji

Japan Maguro Sashimi

Jeden z prawdziwych japońskich rarytasów – sashimi z maguro (tuńczyka) – trzy rodzaje mięsa, o różnych poziomach tłustości (nasza ulubiona restauracyjka z sushi: Mawaru Ganso Zushi w Asakusie – byłam tam już 5 razy!)

Kolejnym obowiązkowym przystankiem było Himeji z jego słynnym zamkiem, a następnie Okayama i muzeum sztuki nowoczesnej na wyspie Naoshima (gdzie mają m.in. dzieła A. Warhola), Hiroshima, Miyajima z jej Pływającą Bramą Torii, Iwakuni, Fukuoka (Hakata), Nagasaki i znana z ostatniego „Bonda” wyspa Gunkanjima (Hashima), Kagoshima i aktywny wulkan – Sakurajima. Następnie śmignęliśmy Shinkansenem (przez pół Japonii) z powrotem w okolice Osaki – do Kishiwady, aby zobaczyć festiwal Danjiri Matsuri, by zaraz powrócić na  Kyūshū, do słynącego z gorących źródeł Bepu. Potem odwiedziliśmy Półwysep Kii, a na nim; Wakayamę Shirahamę (czyli po naszemu „Białą Plażę”) z jednym z najsłynniejszych i najpiękniejszych onsenów na świeżym powietrzu, tzw. rotenburo (czyt. rotemburo) Japonii – Saki-no-yu i gigantyczny wodospad Nachi-no-takiNachikatsuura. Ostatnie trzy dni spędziliśmy w Tokio, by wyfrunąć ponownie z Narity (przez Moskwę – tym razem krótki przystanek) do Warszawy.

Naoshima

Wyspa Naoshima, na której zlokalizowane jest kilka muzeów sztuki nowoczesnej i pojedynczych obiektów małej architektury (m.in. dzieła A. Warhola) połączone „spacerowym” szlakiem

Himeji Royal Garden

Tradycyjny ogród japoński – przy zamku Himeji-jo w Himeji

Onsen w Shirahama Saki-no-yu

Onsen Saki-no-yu w Shirahama

Hiroshima Peace Memorial

Hiroshima – w tle kopuła Atomic Bomb Dome – budynku ocalałego po ataku nuklearnym (bomba wybuchła niemal bezpośrednio nad nim) —> czytaj więcej

Asia Sakurajima

Aktywny (jak nie trudno się domyśleć) wulkan Sakurajima (czyli po naszemu „Wiśniowa Wyspa”) nieopodal Kagoshimy – jedno z najfajniejszych miejsc w Japonii

Beppu, Japan

Gorące źródła w Beppu

Gunkanjima (Hashima)

Gunkanjima (Hashima)

Otsu

Świątynia buddyjska w Ōtsu

Japan Post Cards

ポストカード (posutokādo) do Polski :)

Chociaż Google Maps wariuje przy nanoszeniu tylu punktów trasy, oszacowaliśmy, że w ciągu 4 tygodni – wraz ze wszystkimi powrotami i „zygzakami” – zrobiliśmy ponad 3700 mil, czyli 6000 km. Podróżowaliśmy głównie lądem – Shinkansenami i lokalnymi pociągami oraz trochę promami. W większości przejazdy pokrywał nasz cudowny JR Pass.

W ubiegłym roku, w sierpniu, ponownie odwiedziłam Tokio, Osakę i Kioto, ale odkryłam też nowe miejsca w okolicach Kioto: Sakyō-ku ze słynną Kurama-derą i Ōtsu nad jeziorem Biwa – stolicę sąsiedniej prefektury Shiga. Te dodatkowe atrakcje też zamierzam opisać razem z resztą miejsc z trasy z 2012 roku.

Edit.
W marcu tego roku (2015) ponownie odwiedziliśmy Japonię – tym razem wybraliśmy wiosnę, by móc podziwiać piękne kwitnące wiśnie (sakury) i śliwy (ume). Odwiedziliśmy stare miejscówki: Tokio, Kioto, Osakę i Himeji, a oprócz tego wybraliśmy się do Sendai i popłynęliśmy na pobliska kocią wyspę Tashiro-jima, a także pojechaliśmy w góry – do Nagano, skąd dalej pojechaliśmy do górskiej miejscowości Yudanaka, gdzie znajduje się Park Jigokudani Yaen-kōen, w którym można oglądać śnieżne małpy kąpiące się w onsenie.

W lutym 2016 wybieram się do Japonii po raz piaty – w zupełnie nowe miejsce, na wyspę Okinawa!

Trasa sierpień-wrzesień 2012:

Wyświetl większą mapę

Trasa sierpień 2013:

Wyświetl większą mapę

W kolejnych postach będziemy rozpracowywać Tokio. Trochę (postów) to zajmie, bo – jak nie trudno się domyślić – dużo dziwów w tym Tokio widzieliśmy i w miarę możliwości się nimi podzielimy.

Wszystkie posty dotyczące naszych japońskich wojaży, znajdziesz w kategoriach Japonia 2012, Japonia 2013Japonia 2015, a wszelkie posty o Japonii i japońskiej kulturze – w ogólnej kategorii Japonia 日本. Na bieżąco uzupełniamy te kategorie o nowe historie.

Tymczasem zajrzyj też do naszego kilkuczęściowego „mini-poradnika”, w którym radzimy, jak samodzielnie zorganizować wyjazd do Kraju Kwitnącej Wiśni, co spakować, jak nieco zaoszczędzić… Zapraszamy do lektury:
Japonia – jak zorganizować wyjazd

A kolejne spotkanie mamy w Tokio!
じゃ ね!またね!**

Shinjuku 2012

Shinjuku, Tokio, Japonia (wrzesień 2012)

—–
*) Mam problem z tym, czy w przypadku nazw posługiwać się nazwami transkrybowanymi do języka angielskiego, czy polskiego. Angielski zapis wygrywa tym, że  nie wszystkie nazwy miejscowości mają swoje polskie odpowiedniki. I chociaż znamy nazwy Tokio, Kioto, Honsiu, Kiusiu, Hiroszima, to jakoś inne nazwy mi głupio wyglądają zapisane „po polsku”.  Zatem będę w ich przypadku będę się starała trzymać angielskiego zapisu.
Tak właściwie to powyższe nazwy powinno się wymawiać przez „ś/si” i długie „u” i „o”; Hiroszima w oryginale to też  „Hirosima” przez „ś/si”, a nie ohydne „sz”, która to zgłoska w języku japońskim nie-ist-nie-je!  >>Tutaj można posłuchać prawidłowej wymowy nazw wspomnianych wyżej miast (wystarczy kliknąć na głośniczek w dole ramki – tylko nie klikajcie na język chiński, bo to dopiero chińszczyzna będzie!). W języku japońskim nie istnieją także zgłoski „cz” i „dż”.
To, że tak a nie inaczej (w sensie nieprawidłowo) na świecie wymawia się japońskie słowa, zawdzięczamy niestety Amerykanom, którzy nie będąc w stanie wymówić spółgłosek ś, ć, dź, rozpowszechnili  nieprawidłową wymowę. My umiemy je wymawiać, zatem starajcie się – zwłaszcza jeśli planujecie podróż do Japonii – mówić „si” zamiast „szi” („susi”, a nie „suszi”),  „ci zamiast „czi” („sencia”, a nie „sencza”), „dziu” zamiast „dżu” (czyli „dziuudoo”, a nie to cholerne „dżudo”), itd. (jak >> tutaj). Japoński jest naprawdę bardzo przyjemny w mowie, jak już się wyzbędziemy tych odhamerykańskich nawyków. :)

**) じゃ ね!またね!- czyt. Dzia ne! Mata ne! – czyli do zobaczenia… :)

Przeczytaj wszystkie posty z serii Japonia – jak zorganizować wyjazd. Zobacz też nasze japońskie trasy – może pomogą Ci zaplanować Twoją własną. Jeśli masz pytania odnośnie planowania podróży do Japonii odezwij się do nas przez formularz kontaktowy. Postaramy się jak najlepiej Ci pomóc!

🇯🇵

[jetpack_subscription_form show_subscribers_total=0 title=0 subscribe_text=”Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu? Subskrybuj nasz blog Byłem tu. Tony Halik. przez e-mail.” subscribe_button=”Zapisz się!”]

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…