Madera – podzwrotnikowy raj

Tu jesteś:, Podróże, PortugaliaMadera – podzwrotnikowy raj

Byłam w tam króciutko, bo tylko 3 dni… Ale podobno w raju nie powinno się zbyt długo przebywać, jeśli jest się śmiertelnikiem…

Tuż na skraju Kanarów – bliżej stąd do Afryki, niż do Europy, mała wulkaniczna wyspa; obecnie słynna ze swoich roślin, zwana „wyspą kwiatów”, dawniej – ostatni przystanek hiszpańskich/portugalskich statków podczas niebezpiecznych przepraw przez Atlantyk, źródło drewna – „ilha madeira”, Madera…

Moja pierwsza wizyta w Portugalii, chociaż wszyscy mówią, że to żadna tam Portugalia, tylko jedyna w swoim rodzaju wyspa; do tego moja pierwsza wyprawa do „ciepłych krajów” w środku zimy, to właśnie lutowy wyjazd na Madeirę, na prestiżowy międzynarodowy kongres o polimerach w betonie. Dostać się tam nie było wcale tak łatwo, bo z Warszawy (mroźno i śniegowo) leciałam cały dzień z dwoma przystankami – w Amsterdamie (zimno i deszczowo) i w Lizbonie (wiosennie), aby wreszcie wysiąść w cieplutkim Santa Cruz.

Madeira 20

Ocean Atlantycki – widok z Funchal

180 betonowych słupów
Wiele słyszałam o słynnym, arcy-niebezpiecznym lotnisku w Santa Cruz, którego pas startowy zaczyna się na lądzie, przebiega nad urwiskiem i oceanem, o pasie o wyjątkowej konstrukcji, częściowo podpartej na słupach (180 słupów o długości 50 do 70 m) i o spektakularnych lądowaniach i startach z tegoż to pasa… Niestety sama lądowałam po zmroku, a startowałam przed świtem, więc nie dane mi było podziwiać tego cudu techniki w pełnej okazałości, aczkolwiek rzeczywiście lądowanie trwało chwilę, bo sam pas jest dość krótki (2,8 km).

Pas startowy w Santa Cruz (Madeira Airport) [fot. akademifantasia.org]

Pas startowy w Santa Cruz (Madeira Airport) [fot. akademifantasia.org]

Santa Cruz, ze słynnym lotniskiem, jest położone w odległości ok. 15 km od stolicy wyspy – Funchal, czyli mojego celu podróży. Już przed wyjazdem znajomi uprzedzali mnie, że Portugalczycy są trochę przewrażliwieni na punkcie swojego języka i prawidłowej (nie-hiszpańskiej) wymowy nazwisk i nazw geograficznych, dlatego dobrze było wiedzieć, że „Funchal” wymawia się „Funszal” – zwłaszcza przy negocjowaniu ceny za taksówkę (co uznaliśmy za najlepsze rozwiązanie, będąc dość daleko od hotelu, o dość późnej porze). Jak wcześniej wspomniałam był to mój pierwszy wyjazd do Portugalii, a zarazem pierwsze zetknięcie z językiem portugalskim (nie licząc słuchanego w domu fado i brazylijskich telenowel) i muszę przyznać, że brzmienie tego języka jest po prostu piękne – dużo bardziej melodyjne, niż brzmienie hiszpańskiego, czy nawet włoskiego, który bardzo lubię – i kiedyś się go nauczę (dopisać do listy „to do”).

Funchal nocą
Funchal jest boskie – przepiękne miasto otoczone stromymi górkami, delikatnie opada ku oceanowi i ciągnie się wzdłuż wybrzeża poprzecinanego klifami i plażami o ciemnym wulkanicznym piasku.
Funchal pierwszy raz zobaczyłam nocą – rozmigotane od światełek aż po horyzont, podczas spaceru do portu i na „starówkę” pięknymi szerokimi chodnikami, wyłożonymi mozaiką z kamyczków, pośród niesamowitych roślin i drzew (m.in. afrykańskich chlebowców). Coś bajkowego, zwłaszcza jeśli ma się jeszcze w pamięci poranną śnieżną zamieć z Warszawy. Tuż przy wejściu do portu pierś dumnie wypina Kolumb (wielce dumnie ją wypina, więc chyba już po odkryciu Ameryki), który rezydował swego czasu na „drzewnej wyspie” (i pewnie mocno się przyczynił do jej wykarczowania); dalej piękne okazałe molo i szereg łodzi, a z co drugiej maitr’ d zaprasza angielskim z silnym akcentem do zapoznania się z menu pływającej (a raczej zacumowanej) restauracji. Nas (znaczy mnie i moją drużynę polimerowego pierścienia) znajomy z Belgii poprowadził w głąb lądu, przez główny plac, w plątaninę uliczek, gdzie pośród pięknych kamienic pokrytych malowanymi na niebiesko ceramicznymi kaflami, znaleźliśmy uroczą restaurację z letnim (znaczy całorocznym) ogródkiem. Nie wiem, czy bym do niej trafiła drugi raz, ale serwowali tam bajkowe jedzenie i wino!

Madeira Funchal by night

Funchal nocą – widok z mojego okna

Owoce morza i słodka „Madeira”…
Najsmaczniejszą rzeczą, którą jadłam w Funchal były grillowane kalmary właśnie tego pierwszego wieczoru. Później próbowałam też lokalnego przysmaku, czyli niemal endemicznej (niemal, bo podobno występuje też u wybrzeży Japonii, rybki espada, muli, małży, małych grillowanych ośmiorniczek i dużej marynowanej ośmiornicy i różnych innych morskich pyszności. A do każdego posiłku kieliszek (lub dwa…) „Madeiry”, ewentualnie likieru z passiflory. :)
Nie przepadam za słodkimi winami, ale wina maderskie, które nawet, jeśli wytrawne, są bardzo słodkie, smakują zupełnie inaczej niż włoskie, francuskie, czy choćby hiszpańskie. Mnie osobiście „Madeira” przypomina w smaku nasz pitny miód (taki trójniaczek) pomieszany z Porto.
Z tego, co wyczytałam/usłyszałam, „Madeirę” produkuje się z lokalnych, bardzo słodkich winogron; potem winko leżakuje sobie pół roku na strychu, tuż pod rozgrzanym blaszanym dachem (temperatura powietrza na takim strychu dochodzi nawet do pół setki Celsjusza), a na koniec jest wzmacniane brandy. Kolor wina, w zależności od wytrawności, to różne odcienie bursztynu. A teraz tak sobie myślę, że „Madeira” w smaku (i kolorze) przypomina cypryjską Commandarię, którą robi się z bardzo słodkich suszonych winogron (czyli rodzynek).

Madeira Wine

Bursztynowe wino Madeira [fot. y kawahara]

Funchal za dnia
Wbrew temu, co wszyscy myślą, kiedy jadę na konferencję, to wcale nie baluję od świtu do nocy. Wręcz przeciwnie – bardzo trudno jest wyrwać wolną chwilę w ciągu dnia i zobaczyć dane miasto porą inną, niż wieczorową. Dlatego zwykle przywożę z wojaży niewiele zdjęć w naturalnym świetle zastanym (innymi słowy: przywożę niemal same zdjęcia po ćmoku – co oczywiście umacnia moich znajomych w przekonaniu, że całe noce imprezuję, a za dnia odsypiam!). Na szczęście tym razem pierwszego dnia kongresu były obrady zamknięte „wysokiej rady”, do której na szczęście nie należę, więc się zarejestrowałam, zabrałam torbę z giftami i księgą z konferencyjnymi publikacjami (w tym dwoma moimi… +10 do lansu!) i udałam się do centrum Funchal na zwiedzanie „dzienne”.

Madeira 28

I’m so professional!

Zarówno port, jaki i samo miasto zupełnie inaczej prezentowały się w blasku słonecznych promieni. Na promenadzie tłoczno, w porcie pojawił się jakiś mega-giga-terra-ntyczny prom, z którego wylewało się jeszcze więcej turystów, głównie emerytów w biało-granatowo-czerwonych żeglarsko-tenisowych ciuchach i złotych zegarkach. Co ciekawe, niemal 99% napotkanych przeze mnie w Funchal turystycznych emerytów to obywatele UK, a prawie wcale nie widziałam deutsche Rentner, czy american retirees. Miła odmiana. ;) Co więcej – za dnia ożył targ, który eksplodował warzywami i owocami – i to nie byle jakimi –  granaty, marakuja, karambola, opuncja figowa i inne cuda na kiju (jabłka oczywiście też były i były oczywiście bardzo drogie). Przed sklepikami powystawiano stojaki z biżuterią z lawy i koralowego koralowca, mini-likierki z marakuji, babanów, etc. oraz wszelkiego rodzaju kosmetykami z aloesu, który elegancko i swobodnie sobie rośnie na Maderze. Oczywiście kupiłam „na pamiątkę” żel z aloesu, ale w aptece, taki 99,9% pure aloe pulpa – przyda się, bo czasami łapię rozgrzaną patelnię za brzeg, zamiast za rączkę albo niechcący dotykam jej czołem, schylając się do piekarnika – w takich sytuacjach aloes jest niezastąpiony i nawet blizny na czole nie ma – polecam! Bransoletka z lawy, a nawet dwie, także wylądowały w torbie z zakupami… Anyway… W bardziej eleganckich sklepach i galeriach – można było podziwiać tradycyjną, ręcznie malowaną ceramikę – porcelanę i kafle, tzw. telhas (znane w Hiszpanii jako azulejos). Ceramiczne kafle (mniej lub bardziej zabytkowe), zdobiące zewnętrzne i wewnętrzne elewacje domów mieszkalnych i budynków użyteczności publicznej podobno spotyka się na całym półwyspie Iberyjskim, ale nie wiem, czy zobaczę gdziekolwiek piękniejsze, niż te biało-lazurowe w funszalskim ratuszu, na wewnętrznym dziedzińcu i krużgankach. Przedstawiały całe historie z życia wyspy.

Madeira 06

Widok na Funchal

Funchal Madera Madeira

Port w Funchal

Funchal Madera Madeira Colombo Columbus Krzysztof Kolumb

Kapitan Kolumb, wielki odkrywca i niszczyciel maderskich lasów

Madeira 09

Wulkaniczna plaża

Madeira 17

Maderski gołąbek

Madeira 14

Piękne klify

Madeira 21

Widok z portu

Funchal Madera Madeira

Funchalska promenada

Funchal Madera Madeira

Promenada wykładana kamyczkową mozaiką (jak większość chodników w Funchal)

Madeira 23

Słońce razi :)

Madeira 18

Pierwszy kontakt z wodą oceaniczną

Madeira 16

Ocean aż po horyzont… Do najbliższego brzegu (nie licząc dwóch maleńkich sąsiednich wysepek) – kilkaset kilometrów…

Madeira 25

Kawiarenki, kawiarenki…

Madeira 26

Restauracje „pokładowe” serwują najświeższe rybki i owoce morza

Madeira 08

Wyhodowane w lutym warzywka i owocki

Madeira 32

Na przyjęciu w ratuszu – czy wiecie, że Madeira ma własnego prezydenta?

Japanese-Polish-Belgian Team 13th ICPIC 2010

Nasza japońsko-polsko-belgijska ekipa na przyjęciu w ratuszu; to właśnie profesor K. zaprosił mnie pierwszy raz do Japonii

Ocean Niespokojny
Ocean Atlantycki pewnie dlatego nie nazywa się Spokojny, bo jest mniej spokojny, niż Pacyfik. Zwłaszcza wieczorem. W ciągu dnia w sumie może i nie jest taki specjalnie niespokojny, ale wieczorem spokojny raczej nie jest. Piękne są miejsca, gdzie można sobie obserwować przypływ i coraz mniej spokojne fale, które coraz głębiej wdzierają się w ląd. Głębiej w ląd, ale wyżej w górę (czyli w sumie też głębiej się w stosunku do poziomu wód oceanu, znaczy od poziomu wód do dna). Hm.
Piękne są miejsca, gdzie można sobie obserwować przypływ, na dodatek na tle zachodzącego słońca i podświetlonych zachodzącym słońcem palm. I przyglądać się, jak chmury i woda zmieniają kolor, słyszeć, jak ocean huczy coraz głośniej i coraz mocniej czuć jego zapach, jak temperatura spada, wilgotność powietrza się zwiększa, a wiatr robi się coraz bardziej słony i porywisty (wskutek czego te fale są coraz mniej spokojne) – innymi słowami to niezwykłe przeżycie, odbierane wszystkimi zmysłami, ten zachód słońca nad oceanem niespokojnym.

Madeira 37

Madeira 34

Madeira 35

Madeira 36

Madeira 33

Madeira 38

A to ocean całkiem spokojny – po lutowym deszczyku

Podzwrotnikowy Raj
No dobrze, a co z tymi roślinami z kwiatowej wyspy? Piotr, który był na Maderze przede mną, wie o tych roślinach chyba wszystko. Zresztą on wie chyba wszystko o wszystkich roślinach (no i rzecz jasna o betonie). Ja wiem znacznie mniej. Mój krótki pobyt okazał się za krótki, by odwiedzić słynny ogród botaniczny Jardim Dos Loiros, ale z zainteresowaniem śledziłam tabliczki na wszystkich mijanych drzewach i przy dziwacznych krzakach i bylinach i zaglądałam do wszystkich mijanych pieszo kwiatów. Okazuje się, że dawna „drzewna wyspa”, która przestała być taka zalesiona, z uwagi na systematyczną wycinkę drzew, wykorzystywanych do budowy i napraw statków słynnych odkrywców (Kolumb, nie wybaczę Ci tego!), a teraźniejsza „kwiatowa wyspa”, jest tak kwiatowa, ponieważ sprowadzono na nią całą masę gatunków roślin z innych krajów, a nawet z innych kontynentów, czyli zrobiono, to, czego obecnie nie wolno, w celu utrzymania czystości gatunków flory na poszczególnych kontynentach (wiem, brzmi to jak jakieś hasła „roślinnego rasizmu” – sama podpisywałam oświadczenia, że nie przemycam roślin, części roślin, ani nasion podczas lotów transkontynentalnych). Te wszystkie sprowadzone rośliny bardzo dobrze się przyjęły i mimo, że pochodzą z różnych ekosystemów. całkiem nieźle sobie koegzystują na wulkanicznych glebach i w podzwrotnikowym klimacie Madery.

Madeira 02

Kolejne sadzonki nadchodzą… Skąd tym razem?

Madeira flowers 00

Trudno uwierzyć, że jest luty…

Madeira flowers 07

Palmowy gaj

Palmy nie robią aż takiego wrażania, ale kwiaty… <3

Madeira flowers 01

Madeira flowers 02

Madeira flowers 05

Hibiskusy?

Madeira flowers 04

Ten kwiat dedykuję Piotrowi

Madeira flowers 03

Strelicja – to niepisany symbol Madeiry

Madeira flowers 06

Bliskie spotkanie ze strelicją

Madeira flowers 08

Kwiaty są wszędzie…

c.d.n….

—–
Edit.
Dokładnie siedem dni po moim powrocie, Funchal – i ogólnie Maderę – nawiedziła powódź i większość miejsc, w których byłam i ulic, po których dreptałam, została totalnie zniszczona lub zniknęła pod warstwą błota… Trudno mi w to uwierzyć. Mam nadzieję, że mieszkańcy dadzą radę odbudować swoją piękną wyspę…

Pozdrawiam,
Aśka.

Autor: | 2018-05-25T10:03:22+00:00 27.02.2010|Kategorie: Funchal / Madeira, Podróże, Portugalia|10 komentarzy

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…