Popkultura japońska – inspirująca czy inspirowana?

Tu jesteś:, Kirin, Książki japońskie i o Japonii, Podróż literackaPopkultura japońska – inspirująca czy inspirowana?

Kirin. Znany japoński browar… Ale nie tylko! To także świetne Wydawnictwo Kirin, które zajmuje się publikacją książek związanych z kulturą japońską oraz Magazynu Torii. W ofercie wydawnictwa znajdują się pozycje literatury pięknej, ale także publikacje naukowe i popularnonaukowe. Nie trudno się domyślić, że książki te trafiają w obszar naszych zainteresowań. Dlatego bardzo się cieszymy, że w ramach współpracy będziemy mieli okazję publikować recenzje książek Wydawnictwa Kirin. Dzisiaj recenzja książki pod redakcją pani Adrianny Wosińskiej pt. Inspirująca i inspirowana. Popkultura japońska. Zapraszamy!

Można powiedzieć, że Wydawnictwo Kirin poprzez książki, które wprowadza na polski rynek, zajmuje się propagacją w naszym kraju kultury japońskiej. Jak napisałam,  książki te trafiają w obszar naszych zainteresowań, bo niezależnie, czy jest to ciekawy zbiór felietonów, czy pięknie ilustrowana romantyczna historia, jeśli dotyczy Kraju Kwitnącej Wiśni, to prędzej czy później trafia na naszą listę „do przeczytania”. Dlatego z tym większą radością dołączamy do grupy „recenzentów” książek Kirin.

Inspirująca i inspirowana.
Popkultura japońska

Inspirująca i inspirowana. Popkultura japońska. /日本のポップカルチャー (czyt. Nihon no poppkarchaa)

Inspirująca i inspirowana. Popkultura japońska. /日本のポップカルチャー (czyt. Nihon no poppkarchaa)

Chociaż miałam ochotę złapać za każdą jedną książkę z oferty Kirin, ostatecznie zdecydowałam się na dosyć intrygującą pozycję pt. Inspirująca i inspirowana. Popkultura japońska. To książka będącą – jak napisała sama pani redaktor – pokłosiem konferencji naukowej, która odbyła się w 2011 roku, w Toruniu. Konferencja była poświęcona wpływom kultury zachodniej na popkulturę japońską i odwrotnie – temu, co skwapliwie Zachód przyjął od Japończyków, co zaimplementował (skutecznie) w swojej kulturze. Wbrew pozorom, chociaż Japonia cały czas wydaje się wszystkim krajem bardzo egzotycznym i odmiennym kulturowo, nie jest znowu tak mało tych wzajemnych wpływów!

Można śmiało powiedzieć, że książka stanowi tzw. „proceedingsy” konferencji. Jako częsty uczestnik konferencji naukowych lubię tego typu zbiory publikacji, bo dają szeroki pogląd na daną kwestię. Wielu autorów, wiele punktów widzenia, wiele kontekstów. Dlatego zdecydowałam się właśnie na tę książkę. I absolutnie się nie zawiodłam, chociaż oczywiście mam swoich faworytów. Zdecydowanie najbardziej przypadły mi do gustu teksty autorstwa Adrianny Wosińskiej – Popkultura a stosunki japońsko-koreańskie (nie miałam pojęcia, że tak długo japońska kultura była na koreańskim indeksie, że tak wolno zachodzi proces znoszenia owego indeksu, poza tym zaintrygowały mnie telenowele japońskie, będące adaptacjami koreańskich i odwrotnie – z zainteresowaniem łyknęłam prawie 30 stron tekstu), Katarzyny Łęk – Japońska animacja w Krainie Czarów, czyli co wspólnego może mieć Lewis Carroll z króliczkami Playboya, shintoizmem i cyberprzestrzenią (totalny odlot! w artykule znajdziemy analizę carrollowskich wątków w różnych anime, w tym m.in. Miyuki-chan in Wonderland, Pandora Hearts, ale też w Mój sąsiad Totoro; pojawiają się też niesamowite sformułowania, jak na przykład: „słodkie nonsensy pandziewczęcości”, czy „niepokoje ponowowczesnego pseudobycia”), tekst Joanny Zaremby-Penk – Manga i anime w przestrzeni sztuki (fajnie mi się wszystko usystematyzowało, bo autorka omówiła w pewnym sensie rozwój znaczenia mangi i anime – ewolucję od szkiców, poprzez krótkie historyjki, komiksy, czyli tzw. kulturę niską,  którą z biegiem czasu zaczęto traktować jako sztukę, a rysowników jako artystów, którzy prezentują własną szkołę rysunku; podobnie z  anime – początkowo wyłącznie proste bajki dla dzieci – obecnie także filmy artystyczne, które bywają nominowane do Oskara) oraz tekst Artura Szareckiego – o niesamowitym znaczeniu, jakie mają dla Japończyków ubiór i konsumpcja w ogóle. Postanowiłam Wam przybliżyć ten ostatni tekst.

Artur Szarecki
Popkultura poza dualizmami: ubiór ciało i konsumpcja
w filmie Shimotsuma monogatari

Aspektem numer jeden japońskiej popkultury jest dla mnie japońska współczesna kinematografia. Takeshi Kitano, którego podziwiam za wszystko (grę, reżyserię, scenariusze) to dla mnie pierwszy z pierwszych – jego filmy to małe arcydzieła. Drugim moim ulubionym reżyserem jest Tetsuya Nakashima, którego twórczość szerzej poznałam podczas ostatniej edycji Festiwalu Filmowego Pięć Smaków. Na festiwalu także obejrzałam Kamikaze Girls – bo taki (idiotyczny!) jest „zachodni” tytuł filmu Shimotsuma monogatari.

Film, chociaż lepiej byłoby powiedzieć opowieść (monogatari – 物語り to po japońsku właśnie „opowieść”, „historia”) podobał mi się szalenie. Nakręcony przez Nakashimę, który kilka lat spędził w USA, zatem w pewnym stopniu z „gajdzińskiej” perspektywy, z dużą dozą obiektywizmu, czego u przeciętnych Japończyków raczej się nie uświadczy oraz humoru. Ale to zdecydowanie coś więcej, niż komediowa, kolorowa historyjka o dwóch dziwacznych (nie wiadomo która bardziej pokręcona) dziewczynach. Przyznam jednak szczerze, że mniej mnie interesowały aspekty psychologiczne filmu (zderzenie dwóch, pozornie różnych i nie mających nic wspólnego osób, które w końcu nawiązują nić porozumienia; wyniesienie pod niebiosa – dosłownie – przyjaźni, lojalności, itd.), które w zachodnich filmach eksploatowane są na maksa. Bardziej mnie interesowały aspekty socjologiczne, unikalne, bo japońskie: silna chęć przynależenia do grupy (w grupie siła – chociaż w rozumieniu Japończyków to będzie raczej „w grupie bezpieczeństwo”) i potrzeba uzyskania akceptacji tejże grupy, a Shimotsuma monogatari bierze na tapetę m.in. babskie subkultury (lolity i motocyklistki) i zasady przynależności do niech.

A jakie są moje wrażenia po przeczytaniu tekstu Szareckiego? Powiem szczerze, że trochę się bałam, że rozłoży film na czynniki pierwsze i obedrze go z tej magii egzotycznego japońskiego, nieco bajkowego kina. Że skupi się wyłącznie na tym, że Japończycy niemal mieszkają w supermarketach. Bo to taka sprzeczność – z jednej strony wydają many* jenów na ręcznie tkane i szyte kimona na specjalne okazje, z drugiej mają fisia na punkcie promocji i zdarza im się kupować chińskie badziewie, w tym podróbki (ten motyw zresztą też pojawia się w filmie). I że będzie nachalnie zestawiał wszelkie przeciwieństwa (w końcu chodzi o dualizmy).
Tymczasem tekst jest owszem, naukowy, ale całkiem ciekawy. Tłumaczy, jak bardzo ubiór jest dla Japończyka środkiem ekspresji tożsamości (osobistej i narodowej) oraz jakie znaczenie mają strój japoński (wafuku) i zachodni (yōfuku). Np. że strój japoński, w tym kimono, szczelnie zakrywa ciało i – oprócz tradycji – symbolizuje japońską skromność, pokorę i szacunek wobec innych, a, cytuję, estetyka kimona nie polega na wyróżnianiu się, ale na harmonii z otoczeniem oraz, że skomplikowany sposób zakładania kimona ma sprzyjać pielęgnacji narodowych cech nieustępliwości (gambaru**) oraz cierpliwości i wytrzymałości (gaman); jego noszenie, narzucając powściągliwość ruchów i gestów ma obligować do godnego zachowywania się. Ponadto obecnie znakomitej jakości kimono, to obiekt pożądania kobiet, synonim luksusu, a czasem inwestycja – kimona przekazywane są z pokolenia na pokolenie.

Tymczasem żadna z bohaterek filmu nie utożsamia się z japońskimi  tradycjami; obie odrzucają tradycyjny, czy nawet nowoczesny zachodni strój. Momoko rozpływa się w coraz to nowych, bardzo drogich koronkach, halkach i czepkach – aby je kupić, wyprawia się do samego Tokio, co więcej – okłamuje ojca, by wyciągnąć od niego pieniądze i zdobyć wymarzony ciuch (w ten – ale nie tylko w ten – sposób Nakashima wyśmiewa bezmyślny zakupoholizm Japonek). Ichigo z kolei marzy o hafcie na swoim płaszczu tokkōfuku (wzorowanym na mundurze pilotów kamikadze), będącym symbolem jej przynależenia do gangu. Obie gardzą bylejakością – Momoko wykpiwa supermarketową jakość Tesco, tfu Jusco ;) i postawę sąsiadów „quantity not quality„, Ichigo poszukuje kultowej hafciarki z Tokio, aby haft był extraordinary. Bo obie – choć tak różne, przez strój wyrażają swoją tożsamość, a poniekąd indywidualność.

Szarecki pisze, że film prezentuje uproszczony obraz konsumpcji, a także, że stanowi punkt wyjścia do nieco odmiennego postrzegania współczesnej japońskiej kultury. Coś w tym jest. Zestawianie tych dwóch postaci (żeby nie powiedzieć „indywiduów”), ich zachowań, sposobu życia, pojmowania świata, systemu wartości, ma pomóc zrozumieć każdą z nich z osobna, a też – jak w dwóch krzywych zwierciadłach – znaleźć w nich coś wspólnego, coś charakterystycznego dla przesiąkniętego konsumpcją japońskiego społeczeństwa. Na szczęście pod warstwą blichtru, koronek, czy innych kawaii szmatek, gdzieś tam jednak się kryją te wyższe wartości.
Ano tak.

Inspirująca i inspirowana. Popkultura japońska. – spis artykułów

Poniżej zamieszczam spis artykułów, które zamieszczono w książce Inspirująca i inspirowana. Popkultura japońska (artykuły poprzedza przedmowa pani A. Wosińskiej):

  1.  Adrianna Wosińska: Popkultura a stosunki japońsko-koreańskie;
  2. Olga Mądrowska: Suikoden – od chińskiej powieści do RPG;
  3. Małgorzata Wielgosz: Teatralne rozgrywki między kobiecością a męskością inspirowane japońską rewią Takarazuka;
  4. Artur Szarecki: Popkultura poza dualizmami: ubiór ciało i konsumpcja w filmie Shimotsuma monogatari;
  5. Rafał Szpak: Rosja sowiecka z perspektywy japońskiej. Pierwszy Oddział. Moment Prawdy Yoshihary Ashino;
  6. Katarzyna Łęk: Japońska animacja w Krainie Czarów, czyli co wspólnego może mieć Lewis Carroll z króliczkami Playboya, shintoizmem i cyberprzestrzenią;
  7. Joanna Zaremba-Penk – Manga i anime w przestrzeni sztuki;
  8. Anna Kwiatkowska: Inspiracje sztuką Japonii w ilustracjach Iwana Bilibina;
  9. Joanna Bojda: Współczesny plakat japoński jako „puste naczynie”;
  10. Ewa Drygalska: Yellow Negro. Kultura hip-hop w Japonii.

I jeszcze dwa słowa od Kondiego:

Po cichu liczymy, że Kirin szybko doceni wagę e-booków i zaoferuje swoje pozycje także w formatach mobi i epub, żebyśmy mogli ich wartościowe książki czytać także na Kindle’u.  :)

—–
*) Man to powszechnie używany w Japonii liczebnik – oznacza 10 tysięcy i zapisuje się go znakiem kanji 万. W Japonii nikt nie powie „sto tysięcy”, a „dziesięć manów”. Początkowo to jest uciążliwe, ale da się przyzwyczaić. W sumie amerykanie też nie mówią „tysiąc dwieście dolarów”, tylko „dwanaście setek” (twelve hundreds).
**) od tego czasownika pochodzi zwrot ganbate! (czyt. gambate!), który tłumaczy się jako „powodzenia!”, „good luck!”, ale de facto oznacza coś na kształt „staraj się ze wszystkich sił!” albo „bądź nieustępliwy w staraniach”.

Autor: | 2018-05-25T09:59:13+00:00 24.04.2014|Kategorie: Japonia 日本, Kirin, Książki japońskie i o Japonii, Podróż literacka|Tagi: |7 komentarzy

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…