Tony Halik. Reaktywacja. Reloaded.

Nie bardzo wiem, od czego zacząć.
Nasuwa się bardzo prosta odpowiedź: od początku. Od początku roku. Niestety nie będzie to takie łatwe. Ten rok, pod względem podróży jest wyjątkowy. Nie wiem, jak to się stało, że moje życie tak się ułożyło, ale jakimś cudem śmigam ostatnio po świecie po kolei realizując podróżnicze marzenia. I’m so lucky!

Właściwie mogę powiedzieć, że to, jak moje życie wygląda, w dużej mierze zawdzięczam pracy na uczelni. Pamiętam poprzednią pracę, w korpo, gdzie już w styczniu zaczęłam walczyć o to, by latem móc się wyrwać na 3 tygodnie i pojechać Transsibem nad Bajkał i z powrotem. Udało się, ale to była walka na noże. :)
Podczas tamtego wyjazdu miałam już propozycję pracy na uczelni na moim macierzystym wydziale. Zaczęłam w 2008 roku. I nie żałowałam mojej decyzji ani przez chwilę.

Mój ówczesny szef, podobnie jak obecny, doceniali wagę wyjazdów i tych „służbowych” i tych „prywatnych”. Wiedzieli, że młody naukowiec musi się otrzeć o wielki świat, zobaczyć inne uczelnie, poznać innych sławnych naukowców, ale i objawić się temu światu samemu. Zacząć powoli przecierać zwoje ścieżki do kariery i sławy, próbować odnaleźć swoje własne miejsce w świecie. Doceniali też pasje (nie tylko podróżnicze) swoich pracowników, bo bycie otwartym na świat, chęć poznawania jego odległych krańców i kultur, to oznaka otwartości umysłu; to cecha prawdziwego researchera. :)

I tak dzięki pracy pojechałam do Akwizgranu w Niemczech, Funchal na Maderze, Ankony, Porto, Tokio, a w tym roku także do Szanghaju i Kioto. I tak, dzięki przysługującym nauczycielowi akademickiemu 36 dniom urlopu i możliwości wzięcia miesiąca (lub więcej) wolnego z rzędu (chociaż możliwe jest to tylko latem/jesienią, podczas wakacji) udało mi się pojechać na miesiąc do Indii, na prawie miesiąc do Hiszpanii/Portugalii, na miesiąc do Japonii, na 10 dni do Nowego Jorku (to akurat zimą, w ferie) i teraz – za kilka dni – ponownie na 3 tygodnie do Indii. Tym razem na południe. Serio, I’m so lucky.

A dlaczego mówię, że ten rok jest wyjątkowy? Bo wyglądał mniej więcej tak:

  • Luty: NYC, USA (10 dni, urlop)
  • Kwiecień: Szanghaj, Chiny (10 dni)
  • Lipiec: Zakhyntos, Grecja (7 dni, urlop)
  • Sierpień: Kioto-Osaka-Tokio, Japonia (13 dni)
  • Wrzesień: Goa, Mumbai, Kerala, etc., czyli Indie (3 tyg., urlop)
  • Grudzień: …?

Patrzę na to, co przed chwilą napisałam i sama mam oczy jak spodki. Jak? Jak to się stało, że mam tak fantastyczne życie?! Dziękuję wszystkim bogom, a zwłaszcza Atenie i Hermesowi, że się tak dogadali odnośnie mojego losu…

Założyłam tego bloga w 2009 roku, kiedy po raz pierwszy wybieraliśmy się do Azji nierosyjskiej (bo w 2008 szwendaliśmy się po Syberii, a to przecie Azja jak się patrzy!), do Indii. Miała to być poniekąd platforma wymiany informacji między nami, a naszymi rodzinami i znajomymi. Facebook jeszcze wtedy nie był popularny w Polsce, a mało kto wrzucał zdjęcia z podróży na MySpace’a czy inną „naszą klasę”, poza tym chciałam też podzielić się naszymi spostrzeżeniami i przemyśleniami o tym, jakże odmiennym od naszego, kraju. A potem, jak to Kondi trafnie określił, fb zabił bloga. Łatwiej było wrzucić tuzin zdjęć prosto z komórki, niż zgrywać zdjęcia z aparatu, wrzucać je na serwer i na bloga. Teraz w sumie mam do tego odpowiednią aplikację – prawie przyjazną użytkownikowi ;) – wtedy jednak owa aplikacja była toporna i niewygodna.

Mimo wszystko, nie zdjęliśmy bloga z serwera, co roku wykupujemy domenę i co roku sobie obiecuję, że nadrobię zaległości. A zaległości się mnożą i trożą… Jak sobie pomyślę, jaki ogrom pracy musiałabym włożyć, żeby choć pobieżnie opisać wszystkie cudowności, które się wydarzyły w naszym życiu przez ostatnie 4 lata, to kamienieję. Dodatkowo, od początku roku mocno zaangażowałam się w mój drugi blogowy projekt – blog modowy (który oczywiście polecam: Fashion4Ever.pl), co właściwie pochłonęło resztki mojego wolnego czasu. Ale od kilku tygodni nie mogę przestać myśleć o „Haliku”. Czuję wręcz, że jestem coś winna losowi, za te wszystkie wspaniałe podróże, których doświadczam. I podświadomie wiem, że opisanie ich jest pewnym sposobem na wyrównanie rachunków.

Dlatego postanowiłam odświeżyć bloga i konsekwentnie uzupełniać wpisy. Te dotyczące bieżących wyjazdów, na zmianę ze wspominkami tych już odbytych.
Czuję, że będą to wspaniałe sesje wspomnieniowe!

Z Japonii wróciłam przedwczoraj. Na Goa lecę 8. wrze. Mam jedenaście dni, żeby (oprócz pakowania i planowania wyprawy) nieco ogarnąć zdjęcia i wspomnienia. Będzie ciężko, ale mam nadzieję, że dam radę. I mam nadzieję, że odzyskam moich dawnych czytelników, a może zyskam też nowych. Really hope so. Zatem jeśli jesteś ciekawy/a, jak mi idzie z blogiem…

[jetpack_subscription_form show_subscribers_total=0 title=”Masz ochotę na więcej? Zaprenumeruj blog przez e-mail! :)” subscribe_text=”Otrzymuj powiadomienia o nowych postach prosto na swoją skrzynkę e-mail. Dziękujemy, że jesteś z nami! Asia i Kondi” subscribe_button=”Zapisz!”][/fusion_text]

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…