Czasami mi ręce opadają, jak czytam relacje z podróży po Indiach innych.

Tu jesteś:, Indie Północne, Indie भारत, Podróże, Łamiąca wiadomość (badziewie)Czasami mi ręce opadają, jak czytam relacje z podróży po Indiach innych.

Dodatek turystyczny do „Wyborczej” z dn. 23-24 października był poświęcony Waranasi, a właściwie zawierał relację pani Magdaleny Czarneckiej z jej kilkudniowej „wyprawy” do Indii w okresie Diwali.

Nie miałam czasu wcześniej go przeczytać, ale cierpliwie czekał sobie na półeczce pod stolikiem kawowym, aż znajdę chwilę. Jako, że jutro wolne, to tę chwilę znalazłam. Niestety bardzo żałuję, że zabrałam się za lekturę…
Czytałam, czytałam i im dalej czytałam, tym bardziej mnie krew zalewała!  Najpierw pani Magda stwierdziła, że za połowę 75 Rs można dojechać z dworca kolejowego nad Gangę… Wiem, że wysiadała na tym samym dworcu, co ja, bo przyjechała pociągiem z Delhi. Ale myślę sobie – no ok., może gdzieś ją wywieźli niedaleko, wysadzili na pobliskim brzegu, nie na głównych ghatach… A tu nagle, pani Magda pisze, że wysiadła pod moim ulubionym hotelem w Indiach, Sonmony… Ok, zbieżność nazw jak najbardziej możliwa, ale mowa była o MOIM Sonmony, ponieważ wspomniała o pokoju w widokiem na Gangę, na ghat, na którym kremują zwłoki (MÓJ pokój!). Pani była bardzo zniesmaczona, bo podobno recepcjonista z uporem maniaka obstawał przy cenie 1000 Rs za noc, zatem musiała zrezygnować z powodu tej astronomicznej kwoty i  zadekować się gdzieś indziej. Ja rozumiem, że jak się pisze do gazety, to się lubi robić sensację, ale pokój z balkonem w Sonmony nie kosztuje 1000 Rs. Kosztuje 350 Rs w dniu najdłuższego zaćmienia stulecia, czyli dniu, w którym wszędzie skaczą ceny o 100-200%, a normalnie kosztuje z jakieś 200 rupii… Poza tym pan recepcjonista (jeśli to cały czas ten sam) to bardzo miły i układny człowiek, a gdyby proponował takie ceny i to turystom z Polski (których bywa tam sporo – nie licząc nas i znajomych od zaprzyjaźnionego bloga), to hotel wkrótce by zbankrutował z braku klientów. Poza tym nie daruję tej Pani, że napisała, że ten hotel jest „niezbyt czysty”. Ja wiem, że może niektórzy sypiają tylko w „5 gwiazdkach”, ale wtedy nie jedzie się do Indii, a już na pewno nie samemu, a co najwyżej wykupuje wycieczkę za 6 kafli/tydzień. A skoro pani Magda chciała jednak zaznać przygody, albo przygoda jej była potrzebna, żeby gazeta wydrukowała (albo zwyczajnie chciała zaoszczędzić, ale mniejsza o jej pobudki), to niech nie krytykuje PIERWSZEGO hotelu, do jakiego weszła w Indiach, bo co jak, co, ale Sonmony, to całkiem wysoki standard jak na Indie. I nie jest brudny!

No normalnie szlag mnie trafia, że w ogólnopolskiej gazecie, gościówa tak znieważa mój ulubiony hotel… Hotel z fajową obsługą (jeden Hindus, z którym się zakolegowaliśmy, a który ewidentnie był pod wielkim urokiem Izy :D, oprowadził nas po plątaninie ghali, pokazał super miejsca, a wieczorem grał dla nas na tabli). Hm, a jakie tam mieli pyszności w rooftop restauracji… Do dziś wspominamy z Kondim zestaw śniadaniowy „Rajiv breakfast”…

Nie che mi się już gadać, co za bzdury dalej szły o samym Waranasi i Hindusach, o tym jak to ciągle wszyscy pani Magdzie wciskali kity i zawyżali ceny, bo mnie krew zalewa… Nawet jeśli ceny były za wysokie (bo w Indiach, podobnie jak w wielu krajach na świecie, się targuje i cena wyjściowa jest tylko ceną wyjściową), to na jakiej podstawie ta kobieta uważa, że były za wysokie? Była w Indiach raptem kilka dni, czy naprawdę zdążyła sobie wyrobić opinię o tym, które ceny są dobre, a które nie dobre? Przecież, jak przeliczymy na polskie pieniądze, to i tak te kwoty są śmiesznie niskie… Czy rzeczywiście cena 1200 Rs, czyli 75 zł, za przepłynięcie się łodzią (w co najmniej dwie osoby), która napędzana jest pracą ramion chudego Hindusa, który je raz dziennie (a właściwie raz w nocy) po świętej Gandze podczas Aarti, niesamowitej nocnej mszy, pośród tysięcy pływających lampek, w jednym z najbardziej mistycznych miast świata, to tak wiele? A i tak naprawdę, to ten kurs kosztował może z max 800 Rs i gdyby tylko pani Magda chciała, to spokojnie by do tej kwoty stargowała… Eh…

Dalej pani autorka wrzuciła trochę informacji przepisanych głównie z Wikipedii i różnych albumików (nawet kolejność tych informacji wydaje się być znajoma, jeśli się kapkę przeczytało o Indiach tu i tam), żeby nadać swojemu tekstowi powagi i profesjonalizmu…
Zwyczajnie ręce opadają!

Po raz kolejny się przekonuję, że „Wyborcza”, którą zawsze ceniłam, drastycznie obniża loty, drukując takie „relacje” zmanierowanych pseudo-podróżniczek.

Amen!
A obsmarowania Sonmony NIE DARUJĘ!!!

Aśka.

PS. A tu można zobaczyć pana z recepcji!
PSS. Japończykom, których tam spotkaliśmy sporo, też się w Sonmony podoba – klik!
PSS. Ostatecznie pani Magda jednak wyciągnęła zwitek rupiszonów i zapłaciła za przepłynięcie się łódką, a Hindus, który wiosłował, był bardzo chudy… Inaczej nie zrobiłaby zdjęcia nr 1, którym opatrzyła swój wybitny tekst.
Na temat jakości zdjęć nie będę się wypowiadać…

EDIT (21.11.2010):
Pani Magdalena Czarnecka bez mojej zgody zacytowała cały mój powyższy tekst na swoim blogu (adres do wpisu: http://zawszewdrodze.blogspot.com/2010/11/prawdziwa-cnota.html) łamiąc w ten sposób prawo autorskie, a dokładnie prawo cytatu (dostępne tu). W związku z tym wysłałam do niej wiadomość z propozycją zapłacenia „wierszówki” za publikację mojego wpisu. ;) Stawka będzie odpowiednio wyższa z uwagi na to, że do naruszenia praw już doszło, a zasady publikacji ustala się przed publikacją. W końcu każdy dziennikarz powinien prawo autorskie znać. :P
Będę Was informować na bieżąco o przebiegu negocjacji. :D

AFERA VARANASI GHAT – c.d. (22.11.2010)
Pani Magdalena usunęła mój tekst ze swojego bloga, ale nie kwapi się do zapłacenia za korzystanie z niego. Samo usunięcie oczywiście niewiele zmienia sytuację, bo prawo autorskie zostało naruszone. Natomiast otrzymałam gratisową psychoanalizę, z której dowiedziałam się, że najwidoczniej nie czuję się komfortowo z tym, co napisałam. Otóż diagnoza jest błędna: czuję się bardzo komfortowo ;) c.d.n….

AFERA VARANASI GHAT – c.d. (24.11.2010 – za miesiąc wigilia BN!)
Dzisiaj sama zostałam oskarżona o złamanie prawa, a mianowicie o zniesławienie i szkalowanie, narażenie pani redaktor na utratę dobrego imienia i zarobku i po raz kolejny zarzucono mi brak kultury osobistej, a ogólnie to dowiedziałam się, że uprawiam dziecinadę.
Serio, czegoś nie rozumiem tutaj. Kupiłam gazetę w kiosku, na Centralnym, zapłaciłam za nią, czyli po części sfinansowałam zawarte w niej artykuły. Mam chyba prawo do tego, aby coś mi się w nich nie podobało? Mam chyba prawo wyrazić swoją opinię, na ten temat? Tymczasem okazuje się, że  moja opinia jest oszczerstwem. Natomiast opinia pani redaktor oszczerstwem nie jest. Oszczerstwo wypowiedziane na łamach gazety, to uwaga… „dziennikarstwo”.
Nie ważne, że to do mnie, czytelnika, kierowany jest tekst. Ja – publicznie – powinnam go tylko pochwalić. Albo krytykować po kryjomu – np. nie używając nazwisk autorów, żeby się nie wygooglali. Albo tylko ustnie… Żeby dowody nie zostały. Poza tym zawsze się można wyprzeć  (Co ja? Ja nic takiego nie mówiłem, nu nu…), no chyba, że ktoś nas nagra – co w sumie staje się bardzo powszechne (beware!)  Natomiast jeśli ktoś już w necie skrytykuje, to koniec! Obława! Atak zmasowany znajomych, podpisujących się jako „Anonim”, którzy staną po stronie poszkodowanego… Cyrk jakiś.
Tak, to moja wina, ośmieliłam się skrytykować coś, za co jeszcze zapłaciłam. Na dodatek podpisałam się imieniem i nazwiskiem. Mea culpa! Mea maxima culpa! Od dzisiaj będę się podpisywała „Jożin z Bażin”, może mniej mi się oberwie wtedy! Może nie oskarżą mnie o zniesławienie…. Woohoo!
Wybaczcie mi moi czytelnicy, a i niech Pani redaktor Magdalena Czarnecka niech mi wybaczy te gorzkie słowa, które spłynęły z mojej klawiatury. Odwołuję wszystko! Tak, Indie są zue i brudne! Tak, nie jedźcie tam, bo będziecie musieli płacić tysiąc rupii za noc w brudnym hotelu, to wszystko prawda! Będą Was próbowali okantować na każdym kroku! I odwołuję moje okropne słowa, że pani redaktor przepisała dane z Wikipedii. Nie przepisała! Być może nawet sama współtworzyła Wikipedię (w końcu każdy ma prawo ja edytować, nawet się nie trzeba logować!!!). Plis forgiv mi!

I już nigdy nie skomentuję tekstu z gazwyb, bo nigdy już jej nie kupię, żeby mnie nie kusiło!
No. Powiedziałam.
A teraz muszę spadać, bo naszła mnie ochota na hinduskie żarcie (na pewno za nie przepłacę, a być może nawet się od niego rozchoruję, bo przecież Hindusi często przygotowują jedzenie na brudnej podłodze).

また会いましょう!
またどうぞ!
Wasz Jożin z Bażin.
PS. Co mi przypomina, że trzeba dzisiaj powkuwać nowe kanji…

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…

16 komentarzy

  1. Gość: asq, public-gprs78639.centertel.pl 11 listopada 2010 w 16:31 - Odpowiedz

    ja lepiej pamietam ze tam podawali „bhang banana lassi” (nie pytajcie co to bhang). ale „raj” było niezłe faktycznie ;)

  2. Gość: Pseudopodróżniczka, 91.198.179.1* 16 listopada 2010 w 11:56 - Odpowiedz

    Witam,
    czasem mi ręce opadają, jak widzę ile złości i goryczy jest w ludziach… Jestem autorką teksu, na którym Pani nie pozostawiła suchej nitki. I choć właściwie ilość obraźliwych słów wypowiedzianych pod moim adresem mówi mi wyraźnie, że nie ma sensu wdawać się z Panią w jakąkolwiek polemikę, to przez wzgląd na Czytelników Pani bloga pokuszę się o kilka słów sprostownia. Link, który Pani zamieściła jako odnośnik do hotelu Sonmony, przekierowuje na strone zupełnie innego hotelu niż ten, do którego my trafiliśmy. Ten ze zdjęć faktycznie, jak na Indie, wygląda bardziej niż przyzwoicie. Po drugie, proszę mi wierzyć, ale Indie dostarczają wystarczająco dużo emocji i przeżyć, że koloryzowanie czy też zawyżanie cen spokojnie można sobie darować. W odróżnieniu od Pani, nie zamierzam Pani obrażać, ani atakować, ale jako „prawdziwa podróżniczka” powinna sobie Pani zdawać sprawę z tłumów, jakie przybywają do Benares na Diwali. To, że ceny rosną wówczas drastycznie wiedzą nawet pseudopodróżnicy… W Indiach spędziłam trochę więcej niż kilka dni i podtrzymuję swoją opinię, ten „mój” Sonmony to straszny syf. Mogłaby się też Pani zdecydować, czy atakuje mnie Pani, bo jestem zmanierowaną turystką śpiącą jedynie w 5* lokalach czy też egoistyczną sknerą żałującą biedakowi kilku rupii… Otóż, droga Pani Asiu, podróże są sensem mojego życia, nigdy nie zdecydowałabym się na zorganizowany wyjazd, na imprezy typu AL itp. Podróżuję skromnie, z dużą pokorą. Może spędziła Pani w Indiach rok, może dwa, może dogaduje się Pani z Indusami w ich językach, może ma Pani lepsze zdolności negocjacyjne niż my z Mężem, fakty są jednak takie, że w Indiach próbowano nas oszukać na każdym kroku, taka kultura, taka mentalność i taka jest niestety prawda. Może jest Pani jedną z tych bezkrytycznie zakochanych w Indiach osób, które oburzają się słysząc chodźby jedno niepochlebne słowo na ich temat, ja nie oceniam i prosiłabym, aby Pani również powstrzymała się od posądzania mnie o kłamstwo, koloryzowanie, robienie taniej sensacji, czy też kopiowanie informacji z Wikipedii i innych albumików czy jak tam to Pani określiła. Wspaniale byłoby móc iść ulicami i rozdawać pieniądze na prawo i lewo wszystkim biedniejszym od nas. dawać się wykorzystywać na każdym kroku i faktycznie wrócić do kraju po kilku dniach, bo na tyle starczyłoby nam wówczas pieniędzy. Przybywając do Benares w środku nocy w przeddzień Diwali nigdzie w hotelach nie było wolnych miejsc, szukaliśmy bardzo długo i może Pani chętnie zapłaciłaby grubiańskiemu i odpychajacemu mężczyźnie 1000 rupii za możliwość przespania się kilku godzin w totalnym chlewie ale nas na to zwyczajnie nie stać. Poza tym jako wytrawna podróżniczka powinna Pani także wiedzieć, że środek nocy to nie jest najlepszy moment na szukanie noclegu, zawsze kiedy przybywaliśmy do jakiegoś miasta w nocy mieliśmy z tym problem. Jeśli któraś z moich wypowiedzi dotknęła Panią, mogę tylko napisać, że mi przykro. Z naszymi ukochanymi miejscami na świecie jest trochę tak jak z dziećmi, żadna matka nie pozwoli by je krytykowano, czyż nie? Ale prawda jest taka, że Turystyka GW nie wypuszcza bzdur, tylko artykuły przynajmniej bardzo poprawne merytorycznie. A ja także nie jestem osobą, która w desperacji próbowałaby podkręcać treść czy też iść na łatwiznę i kopiować cokolwiek. Może Pani urodziła się już z bogatą wiedzą na temat Indii, ja niestety nie, więc oczywistą sprawą jest, że poznając dany kraj zgłębiam różnego rodzaju materiały dostępne na jego temat. Czytając Pani wpis zdaję sobie sprawę, że przy tej niesamowitej złości i agresji prawdopodobnie nie mogę liczyć na słowo sprostowania czy też przeprosin za oszczerstwa z Pani strony, to już jest kwestia naszej odmiennej kultury, tym razem osobistej. Pełna pokory pozwolę sobie wkleić Pani wpis do mojego bloga, będzie mnie motywował do jeszcze cięższej pracy, a także przypominał, że „jeszcze się taki nie urodził…”
    Serdecznie pozdrawiam
    Magdalena Czarnecka

  3. thikhai 17 listopada 2010 w 19:47 - Odpowiedz

    Najbardziej to nie lubię jak gwiazdki robią z siebie nie wiadomo jakiego poszukiwacza przygód a potem wychodzi ich wygodnictwo i ignorancja (w Indiach jest brudno, heh, toż to coś nowego: ). Poza tym abstrahując już od wszystkiego- jak można mimo wszystkich minusów nie zakochać się w tym kraju będąc tam? ;/

  4. Asia 21 listopada 2010 w 13:33 - Odpowiedz

    Kurcze, mój wpis aż tak bardzo Panią poruszył? Dziwne ;)

    Heh, w Indiach nigdy nie zapłaciliśmy więcej niż 350 Rs (za pokój na 3 osoby), a zawsze braliśmy czysty, ładny pokój z wiatrakiem zamiast AC i z łazienka z europejskim kibelkiem (czyli z miską ustępową zamiast dziury w podłodze). A w Waranasi byliśmy z czasie najdłuższego zaćmienia słońca stulecia i proszę mi uwierzyć, że pół dnia szukaliśmy pokoju nad Gangą – owszem były i za 1200 Rs, ale jakoś udało nam się znaleźć za 350…
    A obłożenie było straszne, oprócz Hindusów, ściągnęli łowcy zaćmień z całego świata.
    Nawet sami Hindusi już kilka miesięcy wcześniej ostrzegali nas, że to będzie horror, bo hotele w okolicy zaćmienia są już pobookowane. A podczas hinduskich świąt też mieliśmy okazję szukać hotelu – np. w Agrze. Dla chcącego nic aż za nadto trudnego.
    A pieniędzy w Indiach nie wolno rozdawać, chyba o tym Pani wie…

  5. Asia 21 listopada 2010 w 13:38 - Odpowiedz

    Jeśli pani autorka zawitała do Sonmony przy Harishchandra Ghat na którym spalają ciała, to jest to właśnie ten hotel. Pozdrawiam.

  6. Gość: , adsl-99-176-4-245.dsl.lsan03.sbcglobal.net 21 listopada 2010 w 17:10 - Odpowiedz

    Tony Halik chyba nie bylby dumny z tego co by przeczytal w kasliwych komentarzach Pani Joanny… Sam nie jeden raz bylem w Varanasi i tez odwiedzalem Hotel Sonmony, ktorego standard moze i jest niezly, ale to w zaleznosci od pokoju… Wiem tez ze hotele zwracaja uwage na ilosc podroznikow (jesli podrozuje sie w wiekszej grupie to mozna wynegocjowac lepsza cene, bo hotel zarobi tez na posilkach i czasem jak to bywa w Varanasi na posredniczeniu przy zalatwianiu wycieczki Gangesem, lub biletow na dalsza trase – tak przynajmniej sie wydaje hotelarzom)… Nie wiem jak Pani Joanna trafila na Diwali do Varanasi (czy w ogole tam byla w Diwali), ale z mojej interpretacji artykulu Pani Magdy (ktory uwazam za bardzo dobry) wynika iz byl to pierwszy przystanek w podrozy po Indiach… Wiec ciekaw jestem jaka jest zdolnosc negocjacyjna Pani Joanny po przelocie z Polski do Indii (nienajkrotszym) + 14 godzinnej podrozy pociagiem (czyli jakies 30 godzin w sumie)… Podczas mojego pobytu, tez trafilem do Varanasi zaraz przed Diwali w nocy i za dwojke w Sonmony (ok 7 wieczorem) zaplacilem 700 Rp (pozostale 2 pokoje byly drozsze)… Jesli chodzi o sama czystosc hotelu, to droga Pani Joanno, za taka cene w Puszkarze moze Pani miec pokoj pod samym dachem z czysciutka posciela i tarasem dla siebie… Dyskutowanie o indysjkich cenach lub pracownikach obslugi hotelu jest niezbyt na miejscu, bo stale ceny wydrukowane sa tylko na niektorych produktach spozywczych i biletach kolejowych… Wszystkie inne to kwestia dobrej woli sprzedawcy… Sami pracownicy zmieniaja sie bardzo czesto… W Sonmony bylem 4 razy i za kazdym razem byl inny recepcjonista…
    Nie chce dalej brnac w analize „krytyki” Pani Asi, gdyz wydaje mi sie ze okreslenie jej „konstruktywna” (a chyba taka powinna byc u Inzynierow), jest raczej niemozliwe… Niemerytoryczna i niedojrzala = to tak. Dlatego chcialbym Pani Asiu oznamic Pani, iz sam napisalem kilka tekstow do GW i wiem, ze ta gazeta nie wypusci byle gniota tylko po to by spragnione przygod gospodynie domowe, mogly napawac sie bzdurami jakie mozna przeczytac w tabloidach… Kazdy tekst jest weryfikowany takze pod katem merytorycznym… Takze zanim nastepnym razem wyleje Pani wiadro pomyj na kogos, kto napracowal sie nad tym by przekazac naszemu narodowi troszke wiedzy o swiecie (a nie o kolejnej kreacji Dody, albo kolorze wlosow Wisniewskiego), to warto byloby sie zastanowic nad konsekwencjami… Podroze maja poszerzac nasz swiatopoglad, a Pani wykazala sie iscie „polskim” punktem widzenia (ja juz w Polsce nie mieszkam i prosze mi wierzyc, ze nie ma chyba drugiej tak narzekajacej nacji)… Mam tylko nadzieje, ze Pani Magda nie zniecheci sie do opisywania swoich podrozy po tak mialkiej „pseudokrytyce”.

  7. Gość: asq, kuromaku.kondi.net 21 listopada 2010 w 16:40 - Odpowiedz

    trackback: zawszewdrodze.blogspot.com/2010/11/prawdziwa-cnota.html

  8. Gość: asq, kuromaku.kondi.net 21 listopada 2010 w 17:16 - Odpowiedz

    i jeszcze artykuł o który cała awantura: turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,81953,8548320.html

  9. Gość: asq, kuromaku.kondi.net 21 listopada 2010 w 17:30 - Odpowiedz

    @anonimowy nie-czytelnik: my po lądowaniu korzystaliśmy z CS w Delhi, właśnie żeby sobie zminimalizować szansę takich fakapów. skoro już jednak ustaliliśmy że mówimy o tym samym hotelu, to jak widać jego ocena w dużej mierze zależy od percepcji autorki a więc sam opis jest daleki od bycia merytorycznym, a bliżej mu do wspomnianego typowo polskiego narzekania. tak samo jak ciąg dalszy tej żenującej polemiki w której przyjmuje pani strategię skrzywdzonej dziewczynki. prawdziwy żurnalista jednak bez trudu dał by sobie radę z taką krytyką bez szwanku dla swojej własnej reputacji. chyba jednak gazwyb faktycznie obniżył wymagania :)

  10. Gość: asq, kuromaku.kondi.net 21 listopada 2010 w 18:18 - Odpowiedz

    przeczytałem ten artykuł, jest nijaki. dużo większe wrażenie robią na mnie teksty z bloga vagabundos. przy okazji znalazłem 2 błędy rzeczowe: swastyka nie jest tożsama symbolowi OM – to są dwa różne symbole, można o tym poczytać choćby na wikipedii. woda rzeki ganges nie jest też konsystencji „prawie błota”, miejscami powierzchniowo przy brzegu może mieć postać zawiesiny, jednak zdecydowanie ma postać cieczy – pobieraliśmy próbki do badań biochemicznych, więc wiem. a pani łodzianka uprawia mitomaństwo :b tutaj widać jakie to błoto (woda w zatoce bombajskiej dużo gorsza): picasaweb.google.com/asquelt/India2009Varanasi#5367510044295383234

  11. Gość: asq, kuromaku.kondi.net 22 listopada 2010 w 09:27 - Odpowiedz

    o, o, jest ciekawie – wpisy zaczynają znikać. na szczęście google pamięta: goo.gl/25mPO

  12. Gość: misiek, tytan.cbk.poznan.pl 9 grudnia 2010 w 20:02 - Odpowiedz

    Miałem coś napisać, ale autorka bloga jest tak żałosna w swym czepianiu się innych i kreowaniu się na jedyną wszechznawczynię Indii, że szkoda na nią „atramentu”. Wyjątkowo nie pozdrawiam.

  13. Asia 19 grudnia 2010 w 20:52 - Odpowiedz

    Nie kreuję się na nikogo. Tak czepiam się pewnych rzeczy, o których napisałam na samym początku i dalej przy tym obstaję. Zrobiła się wielka awantura, tylko dlatego, że ŚMIAŁAM wyrazić własną opinię na temat artykułu wydrukowanego w ogólnopolskiej gazecie, którą miałam nieszczęście kupić i przeczytać, psując sobie tym humor. Czy wyście ludzie poupadali na głowy? Nie wolno mieć własnego zdania? Czy może wolno, pod warunkiem, że jest ono pozytywne? Poza tym, gdybym nie podała nazwiska szanownej autorki, sprawa by przeszła bez echa, czyż nie?

    Komentarz pana Ryszarda z Wrocławia usuwam, bo nie życzę sobie religijnych porad. Moje wyznanie, to moja osobista sprawa.

  14. Gość: misiek, tytan.cbk.poznan.pl 21 grudnia 2010 w 21:51 - Odpowiedz

    Awantura, droga pani, zrobiła się nie dlatego, że wyraziłaś swoją opinię, ale dlatego, że zmieszałaś autorkę artykułu z błotem za napisanie prawdy. Przykro mi to mówić, ale na indyjskiej ulicy jest syf (tony śmieci oraz srający i lejący gdzie popadnie ludzie to norma, przynajmniej w rejonie, który miałem przyjemność zwiedzić), ceny wszystkiego (w tym hoteli i riksz) dla białasów 500% (a w zabytkach 1000%-1500%) ceny dla miejscowych, każdy wciska kit, byleby tylko wydoić kolejnego białasa (ileż to razy riksza zawoziła mnie nie tam gdzie chciałem i dopiero odmowa zapłaty skutkowała tym, że pan rikszarz wiózł pod właściwy adres) itp. itd. Jeśli tego nie dostrzegasz to albo jesteś totalnie zakochana w tym bajzlu albo ślepa.

  15. Gość: , kuromaku.kondi.net 2 stycznia 2011 w 22:37 - Odpowiedz

    Skoro tam jest tak źle, to po co się tam wszyscy tak pchacie?

  16. Asia 12 kwietnia 2014 w 01:26 - Odpowiedz

    ha ha ha, ale jazda była ;)

Zostaw komentarz