Czasami mi ręce opadają, jak czytam relacje z podróży po Indiach innych.

Tu jesteś:, Indie Północne, Indie भारत, Podróże, Łamiąca wiadomość (badziewie)Czasami mi ręce opadają, jak czytam relacje z podróży po Indiach innych.

Dodatek turystyczny do „Wyborczej” z dn. 23-24 października był poświęcony Waranasi, a właściwie zawierał relację pani Magdaleny Czarneckiej z jej kilkudniowej „wyprawy” do Indii w okresie Diwali.

Nie miałam czasu wcześniej go przeczytać, ale cierpliwie czekał sobie na półeczce pod stolikiem kawowym, aż znajdę chwilę. Jako, że jutro wolne, to tę chwilę znalazłam. Niestety bardzo żałuję, że zabrałam się za lekturę…
Czytałam, czytałam i im dalej czytałam, tym bardziej mnie krew zalewała!  Najpierw pani Magda stwierdziła, że za połowę 75 Rs można dojechać z dworca kolejowego nad Gangę… Wiem, że wysiadała na tym samym dworcu, co ja, bo przyjechała pociągiem z Delhi. Ale myślę sobie – no ok., może gdzieś ją wywieźli niedaleko, wysadzili na pobliskim brzegu, nie na głównych ghatach… A tu nagle, pani Magda pisze, że wysiadła pod moim ulubionym hotelem w Indiach, Sonmony… Ok, zbieżność nazw jak najbardziej możliwa, ale mowa była o MOIM Sonmony, ponieważ wspomniała o pokoju w widokiem na Gangę, na ghat, na którym kremują zwłoki (MÓJ pokój!). Pani była bardzo zniesmaczona, bo podobno recepcjonista z uporem maniaka obstawał przy cenie 1000 Rs za noc, zatem musiała zrezygnować z powodu tej astronomicznej kwoty i  zadekować się gdzieś indziej. Ja rozumiem, że jak się pisze do gazety, to się lubi robić sensację, ale pokój z balkonem w Sonmony nie kosztuje 1000 Rs. Kosztuje 350 Rs w dniu najdłuższego zaćmienia stulecia, czyli dniu, w którym wszędzie skaczą ceny o 100-200%, a normalnie kosztuje z jakieś 200 rupii… Poza tym pan recepcjonista (jeśli to cały czas ten sam) to bardzo miły i układny człowiek, a gdyby proponował takie ceny i to turystom z Polski (których bywa tam sporo – nie licząc nas i znajomych od zaprzyjaźnionego bloga), to hotel wkrótce by zbankrutował z braku klientów. Poza tym nie daruję tej Pani, że napisała, że ten hotel jest „niezbyt czysty”. Ja wiem, że może niektórzy sypiają tylko w „5 gwiazdkach”, ale wtedy nie jedzie się do Indii, a już na pewno nie samemu, a co najwyżej wykupuje wycieczkę za 6 kafli/tydzień. A skoro pani Magda chciała jednak zaznać przygody, albo przygoda jej była potrzebna, żeby gazeta wydrukowała (albo zwyczajnie chciała zaoszczędzić, ale mniejsza o jej pobudki), to niech nie krytykuje PIERWSZEGO hotelu, do jakiego weszła w Indiach, bo co jak, co, ale Sonmony, to całkiem wysoki standard jak na Indie. I nie jest brudny!

No normalnie szlag mnie trafia, że w ogólnopolskiej gazecie, gościówa tak znieważa mój ulubiony hotel… Hotel z fajową obsługą (jeden Hindus, z którym się zakolegowaliśmy, a który ewidentnie był pod wielkim urokiem Izy :D, oprowadził nas po plątaninie ghali, pokazał super miejsca, a wieczorem grał dla nas na tabli). Hm, a jakie tam mieli pyszności w rooftop restauracji… Do dziś wspominamy z Kondim zestaw śniadaniowy „Rajiv breakfast”…

Nie che mi się już gadać, co za bzdury dalej szły o samym Waranasi i Hindusach, o tym jak to ciągle wszyscy pani Magdzie wciskali kity i zawyżali ceny, bo mnie krew zalewa… Nawet jeśli ceny były za wysokie (bo w Indiach, podobnie jak w wielu krajach na świecie, się targuje i cena wyjściowa jest tylko ceną wyjściową), to na jakiej podstawie ta kobieta uważa, że były za wysokie? Była w Indiach raptem kilka dni, czy naprawdę zdążyła sobie wyrobić opinię o tym, które ceny są dobre, a które nie dobre? Przecież, jak przeliczymy na polskie pieniądze, to i tak te kwoty są śmiesznie niskie… Czy rzeczywiście cena 1200 Rs, czyli 75 zł, za przepłynięcie się łodzią (w co najmniej dwie osoby), która napędzana jest pracą ramion chudego Hindusa, który je raz dziennie (a właściwie raz w nocy) po świętej Gandze podczas Aarti, niesamowitej nocnej mszy, pośród tysięcy pływających lampek, w jednym z najbardziej mistycznych miast świata, to tak wiele? A i tak naprawdę, to ten kurs kosztował może z max 800 Rs i gdyby tylko pani Magda chciała, to spokojnie by do tej kwoty stargowała… Eh…

Dalej pani autorka wrzuciła trochę informacji przepisanych głównie z Wikipedii i różnych albumików (nawet kolejność tych informacji wydaje się być znajoma, jeśli się kapkę przeczytało o Indiach tu i tam), żeby nadać swojemu tekstowi powagi i profesjonalizmu…
Zwyczajnie ręce opadają!

Po raz kolejny się przekonuję, że „Wyborcza”, którą zawsze ceniłam, drastycznie obniża loty, drukując takie „relacje” zmanierowanych pseudo-podróżniczek.

Amen!
A obsmarowania Sonmony NIE DARUJĘ!!!

Aśka.

PS. A tu można zobaczyć pana z recepcji!
PSS. Japończykom, których tam spotkaliśmy sporo, też się w Sonmony podoba – klik!
PSS. Ostatecznie pani Magda jednak wyciągnęła zwitek rupiszonów i zapłaciła za przepłynięcie się łódką, a Hindus, który wiosłował, był bardzo chudy… Inaczej nie zrobiłaby zdjęcia nr 1, którym opatrzyła swój wybitny tekst.
Na temat jakości zdjęć nie będę się wypowiadać…

EDIT (21.11.2010):
Pani Magdalena Czarnecka bez mojej zgody zacytowała cały mój powyższy tekst na swoim blogu (adres do wpisu: http://zawszewdrodze.blogspot.com/2010/11/prawdziwa-cnota.html) łamiąc w ten sposób prawo autorskie, a dokładnie prawo cytatu (dostępne tu). W związku z tym wysłałam do niej wiadomość z propozycją zapłacenia „wierszówki” za publikację mojego wpisu. ;) Stawka będzie odpowiednio wyższa z uwagi na to, że do naruszenia praw już doszło, a zasady publikacji ustala się przed publikacją. W końcu każdy dziennikarz powinien prawo autorskie znać. :P
Będę Was informować na bieżąco o przebiegu negocjacji. :D

AFERA VARANASI GHAT – c.d. (22.11.2010)
Pani Magdalena usunęła mój tekst ze swojego bloga, ale nie kwapi się do zapłacenia za korzystanie z niego. Samo usunięcie oczywiście niewiele zmienia sytuację, bo prawo autorskie zostało naruszone. Natomiast otrzymałam gratisową psychoanalizę, z której dowiedziałam się, że najwidoczniej nie czuję się komfortowo z tym, co napisałam. Otóż diagnoza jest błędna: czuję się bardzo komfortowo ;) c.d.n….

AFERA VARANASI GHAT – c.d. (24.11.2010 – za miesiąc wigilia BN!)
Dzisiaj sama zostałam oskarżona o złamanie prawa, a mianowicie o zniesławienie i szkalowanie, narażenie pani redaktor na utratę dobrego imienia i zarobku i po raz kolejny zarzucono mi brak kultury osobistej, a ogólnie to dowiedziałam się, że uprawiam dziecinadę.
Serio, czegoś nie rozumiem tutaj. Kupiłam gazetę w kiosku, na Centralnym, zapłaciłam za nią, czyli po części sfinansowałam zawarte w niej artykuły. Mam chyba prawo do tego, aby coś mi się w nich nie podobało? Mam chyba prawo wyrazić swoją opinię, na ten temat? Tymczasem okazuje się, że  moja opinia jest oszczerstwem. Natomiast opinia pani redaktor oszczerstwem nie jest. Oszczerstwo wypowiedziane na łamach gazety, to uwaga… „dziennikarstwo”.
Nie ważne, że to do mnie, czytelnika, kierowany jest tekst. Ja – publicznie – powinnam go tylko pochwalić. Albo krytykować po kryjomu – np. nie używając nazwisk autorów, żeby się nie wygooglali. Albo tylko ustnie… Żeby dowody nie zostały. Poza tym zawsze się można wyprzeć  (Co ja? Ja nic takiego nie mówiłem, nu nu…), no chyba, że ktoś nas nagra – co w sumie staje się bardzo powszechne (beware!)  Natomiast jeśli ktoś już w necie skrytykuje, to koniec! Obława! Atak zmasowany znajomych, podpisujących się jako „Anonim”, którzy staną po stronie poszkodowanego… Cyrk jakiś.
Tak, to moja wina, ośmieliłam się skrytykować coś, za co jeszcze zapłaciłam. Na dodatek podpisałam się imieniem i nazwiskiem. Mea culpa! Mea maxima culpa! Od dzisiaj będę się podpisywała „Jożin z Bażin”, może mniej mi się oberwie wtedy! Może nie oskarżą mnie o zniesławienie…. Woohoo!
Wybaczcie mi moi czytelnicy, a i niech Pani redaktor Magdalena Czarnecka niech mi wybaczy te gorzkie słowa, które spłynęły z mojej klawiatury. Odwołuję wszystko! Tak, Indie są zue i brudne! Tak, nie jedźcie tam, bo będziecie musieli płacić tysiąc rupii za noc w brudnym hotelu, to wszystko prawda! Będą Was próbowali okantować na każdym kroku! I odwołuję moje okropne słowa, że pani redaktor przepisała dane z Wikipedii. Nie przepisała! Być może nawet sama współtworzyła Wikipedię (w końcu każdy ma prawo ja edytować, nawet się nie trzeba logować!!!). Plis forgiv mi!

I już nigdy nie skomentuję tekstu z gazwyb, bo nigdy już jej nie kupię, żeby mnie nie kusiło!
No. Powiedziałam.
A teraz muszę spadać, bo naszła mnie ochota na hinduskie żarcie (na pewno za nie przepłacę, a być może nawet się od niego rozchoruję, bo przecież Hindusi często przygotowują jedzenie na brudnej podłodze).

また会いましょう!
またどうぞ!
Wasz Jożin z Bażin.
PS. Co mi przypomina, że trzeba dzisiaj powkuwać nowe kanji…

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…