Podróż do Japonii: wspinaczka na górę Fuji (cz. 1)

Tu jesteś:, Jak wejśc na Fuji, Japonia 2012, Japonia 日本, VideoPodróż do Japonii: wspinaczka na górę Fuji (cz. 1)

Kochamy wulkany: w odwiedzinach u Fuji-san (cz. 1)

Wspinaczka na górę Fuji (czyt. Fudzi), czyli możliwość zdobycia szczytu najwyższej góry (wulkanu) Japonii, była dla nas jedną z najważniejszych atrakcji wyjazdu. Biorąc pod uwagę, że górę „zamykają” dla turystów dosyć wczesną jesienią, a właściwie późnym latem, musieliśmy zaplanować wspinaczkę na samym początku pobytu. Ustaliśmy, że ostatni weekend sierpnia to dla nas najlepszy (jeśli nie jedyny) termin. Sezon właściwie się już kończył, zamykano po kolei szlaki, zamykano też schroniska w kolejnych bazach postojowych. Niby była jeszcze opcja z którymś ze szlaków w pierwszym tygodniu września, ale w każdej chwili mogli to odwołać – nie chcieliśmy ryzykować, że pozbawimy się przygody. Zapraszamy na relację ze wspinaczki na Fuji!

Przygotowania do wspinaczki, czy raczej trekingu na szczyt Fuji, zaczęliśmy dużo wcześniej, w Polsce. (Część przygotowań opisałam jeszcze przed wyjazdem do Japonii). Na początku przeczytaliśmy wiele wątków o Fuji na różnych forach internetowych – np. bardzo przydatne okazały się dyskusje w grupie „Japan” forum CS*. Tam znalazłam wiele ciekawych i przydatnych informacji, dotyczących m.in. szlaków prowadzących na szczyt. Jest ich cztery: Yoshida, Subashiri, Gotemba i Fujinomiya. Ich nazwy pochodzą od miejscowości, w których się rozpoczynają, ale uwaga – nie są to miejscowości (tzw. 5. bazy), z których wyrusza się pieszo, lecz dużo niżej położone miasteczka. Z uwagi na porę roku i usytuowanie 5. baz (chcieliśmy ruszyć z bazy po wschodniej stronie wulkanu, czyli bliżej Tokio), wybraliśmy pierwszy z wymienionych szlaków – Yoshida Trail. Na forum CS czytałam też o poszczególnych bazach (na każdym szlaku jest ich 10, niektóre wspólne) i schroniskach; tam też dostałam namiary na schronisko, w którym postanowiliśmy zanocować przed świtem. Ten nocleg to była słuszna decyzja, zważywszy, że temperatura panująca na górze była dosyć niska: 10*C o zachodzie słońca, na wysokości naszego schroniska, tj. dawnej 8. bazy – czyli prawie trzech i pół tysiąca metrów n.p.m. Dowiedziałam się też, co warto zabrać ze sobą na szlak, a także o tym, że nie wszyscy wchodzący cierpią na chorobę wysokościową i nie ma co panikować. Na forum poznałam też Hanako, która podzieliła się z nami doświadczeniami z własnych wspinaczek na Fuji (zaliczyła wszystkie 4 szlaki), a co więcej zgodziła się przyjąć nas pod swój dach – zatrzymaliśmy się u niej przez dwie pierwsze noce w Japonii.

Zatem dwa pierwsze noclegi w Japonii/Tokio udało nam się spędzić na „kołczu”*. Hanako-san mieszkała w uroczej dzielnicy Osaki, gdzie zajmowała górę maleńkiego domku. Jej mieszkanie, jak na japońskie warunki, było całkiem spore (nie pamiętam, ile liczyło mat) i nowoczesne: salonik z kanapą (bez nóg), niski stolik (ale nie kotatsu), tv, szafa z suwanymi panelami (na ciuchy, zapasowy futon, czyli ten dla nas, i wszystko, co w domu potrzebne), alkowa za zasłonką, gdzie Hanako miała mikro-sypialnię, wnęka kuchenna oraz oddzielna łazienka i kibelek. Zaskoczył nas brak tradycyjnych mat tatami na podłodze – zamiast nich były maty z miękkiego korka. Rozwiązanie dużo bardziej funkcjonalne.

Kolejny nocleg mieliśmy (od kilku tygodni) zarezerwowany w schronisku Tomoe-kan (トモエ館), w tzw. „dawnej” 8. bazie (Old 8th Station), na wysokości ok. 3 400 m n.p.m. Zarezerwowali go dla nas mailowo moi japońscy znajomi. Mogłam próbować rezerwować sama, ale obawiałam się, że jeśli napiszę do obsługi Tomoe-kan z mojego (gajdzińskiego) maila, to się okaże, że nie ma miejsc (czytaj: dla gajdzinów)…

Moi japońscy znajomi uparli się też, że koniecznie, ale to absolutnie koniecznie zawiozą nas samochodem do 5. bazy w Kawaguchiko, z której wyrusza się na górę szlakiem Yoshida. Było to bardzo miłe z ich strony, bo Kawaguchiko oddalone jest od Tokio o nieco ponad 100 km. Co prawda miesiąc wcześniej deklarowali udział we wspinaczce, ale chyba nie do końca wierzyli, że się tam wybieramy… Japończycy uważają, że zdobycie Fuji (jak by nie było, najwyższej góry Japonii, sporo wyższej od Rysów, Łomnicy, czy Gerlacha) to jakiś arcytrudny wyczyn. Mają powiedzenie, że ten kto zdobył szczyt Fuji-san to wielki człowiek, ale ten kto wszedł na nią dwa razy (nie mówiąc o więcej), to głupiec (czy coś w tym stylu). Btw, czy aby podobnych słów nie słyszy się od naszych górali w kontekście Giewontu?! Ale, my tu gadu, gadu o japońskich przysłowiach, a przecież czeka nas wspinaczka na górę Fuji!

1. Wspinaczka na górę Fuji – start!

Kawaguchiko (河口湖) to taka trochę nasza Palenica Białczańska, do której można dojechać asfaltowa drogą, a z której wyrusza się pieszo już bezpośrednio na szlak. Wygodni jeszcze kawałek mogą podjechać bryczką, a właściwie furmanką (jak u nas, do Morskiego Oka), ale oczywiście taki kurs do najtańszych nie należy (nawet się nie orientowaliśmy, ile kosztuje). Ten pierwszy odcinek jest bardzo łatwy, bo po płaskim (w końcu bryczko-furmanka daje radę) – taka ścieżka – za to roztaczają się po lewej piękne widoki (w oddali majaczy jezioro Kawaguchiko), którymi się warto nasycić, bo przez większość wspinaczki – zwłaszcza jak się już wlezie w chmury – widać niewiele. Potem zaczynają się schody (prawdziwe, równane schody), acz bardzo szerokie, a potem już „normalniejsza” ścieżka.

Fuji 02 IMG_6811 A

Przez bramę torii wkraczamy do krainy bóstw i duchów – idziemy w odwiedziny do świętej Fuji-san

Fuji 01 IMG_6815 A

Widok na pobliskie jezioro Kawaguchiko – to tam robi się te najpiękniejsze zdjęcia Fuji!

2. Podejście

Nie wiem, jak to jest z innymi wysokimi wulkanami (chociaż właściwie nieco wiem, bo oglądałam ostatnio zdjęcia i słuchałam relacji ze wspinaczki na Kilimandżaro), ale podejście na najwyższą górę Japonii, jest stosunkowo łatwe dla człowieka, co po Tatrach sobie wcześniej hasał. Idzie się, zygzakiem, czyli prostymi odcinkami o lekkim nachyleniu plus kilka ostrych stopni na zakrętach i tak w kółko (a raczej w tę i we w tę), od bazy do kolejnej bazy, gdzie można sobie odpocząć, zjeść własny prowiant, wypić napoje (lub je zakupić w automatach – to nie mit, na szlaku wspinaczkowym na Fuji, podobnie, jak na jej szczycie, stoją sobie automaty z piciem, tzw. hambaiki, chociaż oczywiście ceny w nich są wyższe, niż na tokijskiej ulicy), skorzystać z kibelka, pokontemplować widoki i tablicę informacyjną… Fajnie widzieć, jak wysokość, na której się znajdujemy, tak szybko się zwiększa… No i idzie się spacerkiem wyżej i wyżej. Szliśmy sobie równym tempem, przeganiając grupki Japończyków stacjonujących na popasie, bo się nie dało z nimi iść gęsiego (o tym za chwilę), było nam ciepło i przyjemnie, tak, że do owej 8. bazy, w której mieliśmy zaklepany nocleg, doszliśmy w koszulkach z krótkim rękawem i w trekkingowych sandałach. Mieliśmy buty na zmianę, ale nie czuliśmy potrzeby ich zakładania. Świetnie nam się szło w tych sandałach. Muszę się przyznać, że nie zabraliśmy z Polski trekkingowych, ani żadnych innych zakrytych buciorów, bo nie chciało nam się ich potem (już po zaliczonej Fuji) tachać w plecakach przez cały miesiąc. Za to zabraliśmy ze sobą pięciopalczaste 5fingery. Sprawdziły się znakomicie (są malutkie, niewiele ważą, mają porządne podeszwy Vibram, można je uprać w zlewie – same zalety), zwłaszcza podczas dosyć męczącego schodzenia (a właściwie zbiegania) po wulkanicznym rumoszu. Przy wchodzeniu na górę właściwie nie musielibyśmy zmieniać butów, gdyby nie to, że o trzeciej w nocy było jednak zimno; zimno było też na szczycie przed świtem – około 0*C – a niemal godzinę koczowaliśmy, czekając na ów świt na górce, żeby mieć dobre miejscówki do fotografowania.
Podsumowując: wspinaczka na górę Fuji okazuje się dla Polaka dość łatwa. Natomiast stanowi ona niemal wyzwanie życia dla Japończyka!

Z czego to wynika? Nie, nie tylko z tego, że Japończycy są od nas niżsi i mają krótsze nogi. I nie chodzi też o to, że prawie wcale nie poruszają się na piechotę, bo wszędzie podjeżdżają, czym się da, zwłaszcza metrem (gdyby w Wawie była tak świetna komunikacja, to też pewnie bym totalnie zdziadziała). Nie tylko dlatego!

Na szlaku, przed naszym schroniskiem, spotkaliśmy Polaka (wiadomo, swój swego znajdzie nawet na japońskim wulkanie!), który już od dłuższego czasu mieszkał z rodziną w Japonii, a na Fuji wybrał się w ramach firmowej wycieczki (taki wyjazd integracyjny). Opowiadał nam, że przygotowania do tego wyjazdu rozpoczęto w jego firmie na kilka miesięcy wcześniej – m.in. rozsyłano w tej sprawie specjalny newsletter, w którym informowano, co należy zakupić – jakie buty, jakie ubrania, jaki sprzęt – np. aparat tlenowy. Facet zaangażował w zakupy żonę (też Polkę), która podobno miała z tym niemałe urwanie kapelusza, bo z opisu wychodziło, że sprawa jest co najmniej tak poważna, jakby się wybierali na Księżyc (teraz tak sobie myślę, że w sumie krajobraz na szczycie podobny do księżycowego).

Okazuje się bowiem, że strój i zaopatrzenie japońskiego „fudzinisty” (czy można tak nazwać wspinacza-zdobywcę Fuji?), co można było zobaczyć na powyższym filmie (przepraszam za palec w obiektywie), jest szczegółowo określone i każdy powinien mieć to samo i wyglądać tak samo. W ich mniemaniu to pewnie przejaw profesjonalizmu, ale w naszych oczach owi Japończycy wyglądali jak CUDAKI!

Serio, podejście na górę nie było trudne, w niektórych momentach owszem były jakieś łańcuchy (nam okazały się niepotrzebne), ale na innych odcinkach szlak był wręcz wybetonowany, z ukształtowanymi stopniami. Prawdę powiedziawszy, pewnie pokonalibyśmy go ok. 1/3 szybciej, gdyby nie stadka Japończyków (owe organizowane wycieczki z przewodnikiem), co wchodziły na górę gęsiego, zatrzymując się na wyższych partiach co 5 minut, tworząc gęste kolejki (jak za cukrem w latach 80tych albo za biletami na kolejkę na Kasprowy w latach 90tych), a co pół godziny (serio!!!) rozbijając małe obozowiska. Na postojach mieli popasy w stylu „na trzy, cztery…” wszyscy jemy i idziemy do kibelka (tyle japońskiego zrozumiałam). Wlekli się oni niesamowicie wolno! Może to było nieco niegrzeczne (na pewno uznali to za niegrzeczne), ale nie byliśmy w stanie stać tam razem z nimi, posuwając się, jak przysłowiowy świętokrzyski pielgrzym – o dwa ziarna piasku do przodu – i w końcu  zaczęliśmy ich wymijać. To, że szli tak wolno, przestaje się jednak wydawać dziwne, jeśli się popatrzy, co oni mieli na sobie…

3. Wspinaczka na górę Fuji: strój/wyposażenie japońskiego „fudzinisty”

wspinaczka na górę Fuji

Wspinaczka na Fuji – obowiązkowy strój japońskiego „fudzinisty” w 3 wariantach

Pomimo ogólnie przyjętego trendu odzieżowo-sprzętowego, z uwagi na drobne różnice w ubiorze, udało nam się jednak zdefiniować 3 typy japońskich „fudzinistów”. Są to: (1) „fudzinista zgajdziniały” (najrzadszy i – w naszym przekonaniu – najnormalniejszy przypadek), (2) „fudzinista polarny”(3) „mam na sobie wszystko, co mam”. Różnice te kształtują się przede wszystkim w ubiorze (o tym za chwilę), natomiast każdy z tych trzech typów prezentował pewne cechy wspólne, a były to:

3.1. Wspinaczka na górę Fuji: buty do trekkingu

Buty do trekkingu to bardzo ważna rzecz! Niestety okazuje się, że Japończycy nie umieją… nosić butów! I nie umieją sobie dobrać rozmiaru. Dotyczy to nie tylko butów trekkingowych, ale i zwykłych. Ile to razy widzieliśmy laski człapiące (jak bociany) w szpilkach za dużych o 2 rozmiary?! Oni chyba myślą, że musi być luźno w takim bucie (chociaż akurat drewniane klapki geta często noszą ZA małe – bo kończą im się w połowie pięty – oj, musi to boleć!). Może chodzi o wentylację? Może o stajl? Wakarimasen!** W każdym razie buty trekkingowe też kupują za duże i – co gorsza – nie sznurują ich do  końca! Ba, sznurują je zaledwie po kostki! Nic dziwnego, że chodzenie Japończykom nie idzie! Jakbym miała takie za duże buciory przywiązanie do stóp, w których moje stopy latają jak serce dzwonu, to też miałabym problemy z chodzeniem… Nawet po prostej drodze, a co dopiero po górach i wulkanicznym rumoszu. Czemu nie sznurują tych butów?! Nie mamy pojęcia, ale nie sznuruje solidarnie nikt!

Zatem my na nich patrzeliśmy jak na jakichś cyrkowców (chyba już wolałabym iść w te góry w japonkach albo w hiszpańskim bucie…), a oni na nas jak na przysłowiowe jednorożce (gajdzini na Fuji-san i do tego w sandałach!). Ano.

wspinaczka na górę Fuji - buty do trekkingu

Nasze niezniszczalne sandały (made in Israel) – pamiętają jeszcze czasy Transsibu, czyli mamy je od 2008 roku!

3.2. Zestaw „od pasa w dół”

Zbliża się jesień, ochładza się… Nic to, że na dole, w Kawaguchiko, temperatura wynosi 30*C+… Na górze może być zimno. Może być nawet śnieg (chociaż to jeszcze zdecydowanie nie pora). Japończyk musi się zabezpieczyć na tę ewentualność, zatem zakłada:

3.2.1. Leginsy (i to takie „termiczne”, trzymającej ciepło), a na leginsy…

3.2.2. Krótkie luźne szorty (żeby było sportowo) – najpopularniejsze kolory to khaki, butelkowa zieleń, granat, bordo – lub jak u pani w różowym polarku (widać na filmiku) – spódnica

3.2.3. Na leginsy w niższej partii nóg: wełniane getry, najlepiej w paski, takie jak w latach 80tych nosiło się na zajęciach z aerobiku (lub – w moim przypadku – rytmiki), nonszalancko opadające do wnętrza rozsznurowanych w okolicy kostek traperów, pod którymi na 100% mieli jakieś…

3.2.4. Specjalne outdoorowe grubaśne skarpety (żeby nieco złagodzić ból spowodowany obcierającymi, za dużymi butami).

W takim zestawie nie ma bata, żeby komuś zmarzł tyłek. Nawet na Syberii. W lutym. Niestety podczas większości trasy na Fuji, strój ten raczej przeszkadzał, niż pomagał. Powiedzmy sobie szczerze – ugotowalibyśmy się w tych ciuchach. Dlatego sami mieliśmy na sobie cienkie gatki, Kondi nawet krótkie (nie wspominając o sandałach, bez skarpet)! No dobra, zdarzały się egzemplarze Japończyków w krótkich gaciach (jacyś zgajdziniali, pewnie byli gdzieś na zagranicznym stypendium lub pracowali w USA), ale to wyjątki potwierdzające regułę.

wspinaczka na górę Fuji - kije

Zgajdziniali fudziniści bez termicznych leginsów, za to w fachowych skarpetach (footballowych?!); ale, ale – na górze widać kawałek porządnej pasiastej skarpetki!

3.3. Zestaw od pasa w górę

Jest ciepło. My w tiszertach. Japończycy z kolei mają na sobie (uwaga, tu się zaczyna podział):

3.3.1. Przypadek „zgajdziniały” (bardzo nieliczny): tylko bluzka – tiszert lub tiszert na drugą bluzkę z długim rękawem, a polar i kurtka z goreteksu w plecaku.

3.3.2. Przypadek „polarny”: polar na sobie, a kurtka z goreteksu w plecaku (ci już się widocznie pocą); do tej grupy można od biedy zaliczyć ludków w cienkich kurteczkach lub bluzach od dresu.

3.3.3. Przypadek „mam na sobie wszystko, co mam”, w tym polar i goreteks – chyba nie wymaga komentarza; dodam tylko, że reprezentantom tej grupy pot ściekał z twarzy strumieniami…

Pozostałe ciuchy są niby opcjonalne, ale również bardzo (!!!) często spotykane, niezależnie od typu turysty…

3.4. Nakrycie głowy

Chociaż szybko zostawiamy za sobą słoneczną część trasy, a większość szlaku pokonujemy w chmurach, Japończycy chronią głowy przed słońcem cały czas, także w nocy. Najpopularniejsze są płócienne kapelusze „safari” w kolorze piaskowym lub zgniłej zieleni, w przypadku kobiet przeważają odcienie różu. Kapelusz koniecznie, ale to KONIECZNIE musi być ściągnięty sznurkiem mocno pod samą szyją! (Żeby jakiś zbłąkany tajfun nie zerwał!)

3.5. Apaszka

Pod szyją powinna też być elegancka, porządnie zawiązana apaszka!

3.6. Okulary przeciwsłoneczne (jap. sangurasu)

Oczy też należy koniecznie chronić! Jasna (znaczy ciemna) sprawa! Mamy i my te sangurasu!

3.7. Wspinaczka na górę Fuji – wyposażenie podstawowe

3.7.1. Bidon/termos zawieszony na szyi, bo przecież trzeba pić po drodze (chociaż i tak każdy kupi dodatkowo matchę w automacie).

3.7.2. Kijki – profesjonalne lub drewniane „kije pielgrzyma”, na których wypala się znaki gór (odpowiednik pieczątki w notesiku) – większość to jednak były „dziewicze” kije, bez znaczków (Fuji miało być widocznie pierwszą, jeśli nie jedyną górą w życiu danego pielgrzyma). Niestety, tutaj wychodzi na jaw, że Japończycy nie umieją korzystać z dobrodziejstw kijków. Kijki ewidentne im wadziły, zatem nieśli je (te drewniane), jak drwale, pod pachą (korzystając z nich na postojach, aby się na nich wesprzeć na stojaka) lub dyndały im óny (plasticzane) na nadgarstkach (patrz wyżej i niżej).

wspinaczka na górę Fuji - kije

Kijki nowoczesne vs. drewniany kijaszek

3.7.3. Latarka czołówka. Nosili je już po ćmoku. To była masakra, bo zamiast patrzeć pod nogi i oświetlać sobie drogę, świecili innym po gałach! Zwłaszcza niebezpiecznie było na zakrętach, gdzie co chwilę robili grupowe postoje – idziesz po ciemku, a tu za zakrętem 10 czołówek na całą moc świeci ci prosto w oczy! I lampią się z otwartymi gębami na ciebie, boś gajdzin! No i za którymś n-tym takim oślepieniem gajdzin, a właściwie gajdzinka się wściekła, a że gadała nieco po japońsku (a w przypływie wścieku przypomniała sobie wiele słów, o których nie pamiętała, że je w ogóle zna), to opierdzieliła ich od góry do dołu, by wreszcie usłyszeć uniżone sumimasen, gomen nasai***.

3.8. Specjalistyczny osprzęt

Plecaki, które Japończycy tachają na Fuji są mega wypchane i spore – ok. 40 litrów. Sama niewiele większy plecak miałam ze sobą, a w nim dobytek na cały miesiąc, więc nieco mnie to dziwiło na początku. No ale jak się weźmie pod uwagę, że Japończycy biorą ze sobą na Fuji wiele dziwnych rzeczy, to w sumie wszystko się wyjaśnia… Z ciekawszych rzeczy biorą np. ze sobą:

3.8.1. Małe butle tlenowe – przy czym zaczynają używać ich dużo poniżej 3 tys. metrów n.p.m. Widywaliśmy ludków przykucniętych z butlami już w połowie drogi do naszego schroniska. Wygląda to przerażająco, acz trochę komicznie za razem, biorąc pod uwagę okoliczności. No ale może japońskie płuca są mniejsze, a skłonność do choroby wysokościowej większa? W większości przypadków to jednak chyba był „owczy trend”: znajomi wciągają tlen, wciągam i ja! Bo wciąganie tlenu jest subarashii****! Chociaż chyba raz (jakoś na samym początku, zaraz za schodami), ktoś tam wymiękł i postanowił zawrócić na dół.

wspinaczka na górę Fuji - butle tlenowe i choroba wysokościowa

Oddychanie czystym tlenem – tutaj akurat dzieciaki, ale i tak jesteśmy jeszcze bardzo nisko!

3.8.2. Butle gazowe. A gazem tym nie jest tlen, ale propan-butan lub podobny. Bo przecież trzeba się po drodze napić własnoręcznie zaparzonej zielonej herbaty. Dla mnie to mega hardkor. Tachać na plecach butlę z gazem i palnikiem oraz …

3.8.3. Garnki, czajniczki i kubeczki do herbaty… oraz…

3.8.4. Składane stołeczki wędkarskie, żeby matchę wypić w kulturalnych warunkach, na siedząco (chociaż normalnie wolą robić to na klęcząco).

3.8.5. No i oczywiście sprzęt fotograficzny. Chociaż zdecydowanie mniej Japończyków dźwiga wielkie body z gripami i jeszcze większymi lufami (jedynych słusznych rodzimych marek, z których jedną i my wyznajemy), a do nich statywy… Niestety większość Japończyków nosi ze sobą mikro-mydełka fotograficzne lub w ogóle tylko tablety i smartfony (te już niekoniecznie produkcji rodzimych firm, bo bardzo często i jabłko, i koreański szajsung się trafiają). No ale trochę tych statywów było na górze widać.

Podsumowując – Japończycy na Fuji-san wchodzą wolno, bo mają krótkie nóżki, nie są przyzwyczajeni do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego i szybko tracą oddech, zatem muszą co chwilę odpoczywać, noszą za duże buty i za dużo warstw ubioru, przez co robi im się słabo i muszą co chwilę odpoczywać, noszą za wielkie i ciężkie plecaki (różne metalowe butle w środku), przez co muszą co chwilę odpoczywać… Do tego chodzą gęsiego, nie wykorzystując przepustowości szlaku (właściwie to go blokując).

My wchodziliśmy w swoim „polskim” tempie, w wygodnych butach i ciuchach, mieliśmy trochę prowiantu i lekkie ciuchy/buty na zmianę – nie obciążaliśmy pleców za bardzo, chociaż i tak Kondi się ze mnie śmiał, że biorę aż 3 obiektywy, w związku z czym będzie mi za ciężko. Fakt, używałam głównie szerokokątnego i tele – środkowy był zupełnie niepotrzebny.

Wspinaczka na górę Fuji

Wspinaczka na górę Fuji


Kilka zdjęć z odcinka od Kawaguchiko do schroniska Tomoe-kan
(przejście tego odcinka zajęło nam równiutko 5 godzin)

Wspinaczka na górę Fuji

Gdzie iść?!

Wspinaczka na górę Fuji

Odpoczynek w cieniu

Wspinaczka na górę Fuji

Odpoczywamy i my

Wspinaczka na górę Fuji

Piękne widoki (jeszcze poniżej chmur)

Wspinaczka na górę Fuji

Jedna z piękniejszych chwil – chwila „samotności”

Wspinaczka na górę Fuji

Dalej w górę!

Wspinaczka na górę Fuji

Widok właśnie pokonanego fragmentu szlaku

Wspinaczka na górę Fuji

Schronisko Kamaiwa-kan (7. stacja szlaku Yoshida)

Wspinaczka na górę Fuji

Oto jak wyglądają stacje na szlaku wspinaczkowym na górę Fuji

Wspinaczka na górę Fuji

Zmęczony? Ależ skąd! Tyle że ten upał…

Wspinaczka na górę Fuji

Dalej w górę – na Fuji!

Wspinaczka na górę Fuji

Szczyt Fuji już za 295 minut

Wspinaczka na górę Fuji

Robi się chłodno (nareszcie!)

Wspinaczka na górę Fuji

Na górę…

Fuji 21 IMG_6866 A

Mały przystanek po drodze do kolejnej bazy

Wspinaczka na górę Fuji

Dochodzimy do „nowej” 8. bazy – jeszcze tylko kawałeczek na dzisiaj!

Wspinaczka na górę Fuji

Czy to 8. baza szlaku wspinaczkowego na Fuji? Nie może być! No i nie jest – bo my śpimy w starej 8. (obecnie 8.5.)

Wspinaczka na górę Fuji

„Nowa” 8. baza (to nie tutaj śpimy)

Wspinaczka na górę Fuji

Jeszcze kawałeczek w górę i koniec na dzisiaj!

Wspinaczka na górę Fuji

Wspinaczka na górę Fuji

Gra światła i cieni na wulkanicznym stoku jest przepiękna!

Wspinaczka na górę Fuji

Wspinaczka na górę Fuji

4. Schronisko Tomoe-kan

To jeszcze kilka słów o schronisku Tomoe-kan (トモエ館). Już wiecie, że było zdekolonizowane w „starej 8. bazie” (Old 8th Station) na wysokości 3 400 metrów n.p.m. Co bardzo ważne – nie trzeba tachać własnych śpiworów, bo wszystkim dają tam czyściutkie śpiworki. Śpi się w takich „komórkach” – większych łóżkach piętrowych, podzielonych drewnianymi ściankami i zasłanianych od korytarza materiałowymi zasłonkami. W jednej komórce jest miejsce dla około 6 osób. Śpi się jak śledzie, obok siebie. My trafiliśmy do komórki z rodziną – małżeństwo z dwiema małymi córkami – zatem mieliśmy sporo miejsca. Zanim się pójdzie w wymuszoną kimę (poszliśmy spać nieco po 18:00, by wstać przed 3:00), kierownictwo schroniska woła po imieniu przez głośniki nowych delikwentów na kolację do „głównej izby”. Na kolację było karēraisu, czyli japońska wersja curry, w skład której to potrawy wchodzi panierowany kotlet, sos curry (ale nie żółty, czy zielony – jak w indyjskich potrawach, a brązowy) i oczywiście ryż (btw, kolacja to po jap. bangohan, co dosłownie oznacza „wieczorny ryż” – tak, tak, nie inaczej – śniadanie to „poranny ryż”,  obiad „południowy ryż”). Karēraisu było smaczne, a przede wszystkim ciepłe. Miłą niespodzianką było to, że oprócz kolacji dostaliśmy też bentō ze śniadaniem (czyli porannym ryżem – asagohan), które mieliśmy zjeść rano na szczycie – oczywiście wszystko musi być ładnie, zatem pudełka zostały zapakowane w niebieski papier w kwiatki. Dotarcie do bazy uczciliśmy też piwem – drogim, jak cholera, bo 1000 jenów (ok. 42 zł) za małą puszkę, ale w końcu to było nasze pierwsze  3 400 m n.p.m.!

Wspinaczka na górę Fuji: schronisko Tomoe-kan

Schronisko Tomoe-kan

Wspinaczka na górę Fuji: schronisko Tomoe-kan

Schronisko Tomoe-kan

Wspinaczka na górę Fuji: schronisko Tomoe-kan

Schronisko Tomoe-kan

Wspinaczka na górę Fuji: schronisko Tomoe-kan

Schronisko Tomoe-kan

Wspinaczka na górę Fuji: schronisko Tomoe-kan

Poziom schroniska Tomoe-kan

Wspinaczka na górę Fuji

Mapa sytuacyjna – jesteśmy tam, gdzie ten prostokąt

Wspinaczka na górę Fuji: schronisko Tomoe-kan

Schronisko Tomoe-kan: nasza komórka :)

Wspinaczka na górę Fuji: schronisko Tomoe-kan

Jest 17:53 i zaledwie 11°C

Wspinaczka na górę Fuji: schronisko Tomoe-kan

Piwo na 3,4 tys. metrów smakuje zdecydowanie lepiej, niż to w restauracji na 50-którymś tam piętrze w Shinjuku

5. Szczyt góry Fuji…

Już sama wspinaczka na górę Fuji to ciekawe doświadczenie, ale to co się dziej na górze o świcie trudno jest opisać słowami. Ale podjęliśmy próbę i o zdobywaniu szczytu Fuji i podziwianiu z niego wschodu słońca opowiadamy w kolejnym odcinku – go przeczytaj koniecznie: Podróż do Japonii: wspinaczka na górę Fuji (cz. 2)!

———-
*) Couch Surfing/CS, tj. „surfing kanapowy” – patrz: CouchSurfing.org
**) Nie wiem!
***) Przepraszam!
****) Super, cool, ekstra

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…