Majsur i Bandipur

2013.09.20 Mysore

W Majsurze zabalowaliśmy aż dwie noce, chociaż podczas tej drugiej to niewiele zaznaliśmy snu, bo o 4:30 a.m. pobudka i fru 80 km w kierunku Ooty, do Parku Narodowego Bandipur.
20130927-225342.jpg

Teren parku stanowił był niegdyś prywatny park z dziką przyrodą majsurskuego maharadży (tego, co mieszkał w przepięknym pałacu, w którym byliśmy i do którego wzdychałam wczoraj) – pewnie sobie tam drań jeździł, żeby zabijać po kilkadziesiąt tygrysów w ciągu jednego polowania…
Tygrysy w parku ponoć są, ale oczywiście nie udało nam się ich spotkać podczas naszego porannego „safari”. Natomiast udało nam się zobaczyć indyjskie bizony – gaury, całe stada nakrapianych jeleni (chitale) i trochę ptactwa, w tym ichnie pawie, co to skakały po drzewach, papugi i (chyba) kingfishery. Słoni dzikich (ku mojemy rozczarowaniu) nie widzieliśmy. Nic dziwnego, bo nasze „safari” odbywaliśmy rozklekotanym autobusikiem, co nie jednego by przestraszył warkotem silnika… W każdym razie byliśmy jakoś blisko, wręcz deptaliśmy słoniom po piętach, bo widziałam ich świeże ślady (łap, ale też słoniowych kup – to po ich widoku oceniłam, że ślady są świeże…). No trudno, maybe next time. Ale widzieliśmy oczywiście (przy wjeździe na teren parku) słonie nie dzikie – które między innymi wożą turystów. Tja.
Przyznam szczerze, że trochę nam to zwiedzanie autobusikiem średnio się podobało, a impreza dość droga (1100 Rs/osobę nie-hinduską, chyba 200 za hindusa…). Nie załapaliśmy się na jedynego rządowego jeepa (uciekł nam sprzed nosa!), a nierządowe nie mogą wjeżdżać na teren parku, tylko krążą po obrzeżach (ogólnie informacje LP ‚2013 nt. Bandipur lekko się mijają z rzeczywistością). Poza tym lało cały ranek. I chociaż my już wjechaliśmy do buszu w słońcu, to było tam pustawo. Oczywiście nie spodziewaliśmy się, że tygrysy i słonie będą się nam mnożyć przed oczami, ale było by fajnie zobaczyć choćby znikającą w krzakach trąbę… No ale ten warkot silnika…
Anyway, spróbowaliśmy. Pomimo monsunu. A co zobaczyliśmy, to nasze. Nie wspominając o pięknych górskich widokach po drodze!

Wróciliśmy do Majsuru koło południa i jeszcze zdążyliśmy zrobić mały tur po dziwnych zakamarkach miasta z riksiarzem jako przewodnikiem, co nam za tę przyjemność policzył 50 Rs. Plus prowizja od szopingu, bo oczywiście nie obyło się bez szopingu (olejki z białego jaśminu – który pokochałam, odkąd Piotr, mój znajomy specjalista od kwiatów wszelakich, oświecił mnie, że ten jaśmin z Azji nie ma nic wspólnego z polskim jaśminem, na który jestem uczulona)!
A co widzieliśmy? Ano między innymi wspomniane już wczoraj: lokalny targ, wytwórnię bidi (papierosów zawijanych w liście, kadzideł i oczywiście – owych olejków). Aż głowa boli od zapachów (na pewno na to też mają specyfik – olejek na ból głowy spowodowany wąchaniem zbyt wielu olejków). Ale i tak najbardziej podobał nam się zapach innego specyfiku – także lokalnego wyrobu, a mianowicie rumu „Czarny Mnich” („Black Monk”).

P.S. Więcej zdjęć zwierzaków (z aparatu) pojawi się po powrocie.

Mysore 01

20130927-225523.jpg

20130927-225658.jpg

20130927-225846.jpg

20130927-225558.jpg
Tam gdzie jasno, to akurat pada deszcz…
20130927-225953.jpg

20130927-230103.jpg

20130927-230215.jpg

🇮🇳

[jetpack_subscription_form show_subscribers_total=0 title=0 subscribe_text=”Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu? Subskrybuj nasz blog Byłem tu. Tony Halik. przez e-mail.” subscribe_button=”Zapisz się!”]
Autor: | 2018-05-25T10:01:23+00:00 20.09.2013|Kategorie: Bandipur, Indie 2013, Indie Południowe, Indie भारत, Majsur (Mysore), Podróże|2 komentarze

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…