2013.09.10 Mumbai

Zaspaliśmy na śniadanie w cenie (tak, tak – u Dyplomaty dają śniadania). Spaliśmy ze 12 godzin, mimo że przesunięcie czasowe, to zaledwie 3,5 h i raczej nie ma co mówić o jetlagu. Ale trochę nas zmęczyły samoloty, przeprawa przez Mumbai (taksą jechaliśmy aż półtorej godziny) i nocny spacer po Colabie, podczas którego widziałam stado szczurów pasące się przed samym frontem Taj Mahal Palace. Czy już wspominałam, że Taj to najbardziej prestiżowy hotel w Bombaju, jeśli nie w Indiach? To właśnie jeden z tych kontrastów, o których wszyscy mówią. Szkoda, że było za ciemno, żeby zrobić fotę 12 szczurków biesiadujących na tle sklepu Louisa Vuittona, co to się panoszy na parterze Taja. Murowana nagroda na jakimś konkursie. A przynajmniej zdjęcie dnia na portalu National Geographic. ;)

Zaspaliśmy, przyznaję, z premedytacją. Potem śniadanie, a właściwie lunch, w Leopoldzie. Czemu tam? Bo tam mają świetne jedzenie. Poza tym w Leopoldzie czasem pojawiają się agenci z Bollywood, którzy wyhaczają białasów do scen, co to niby w Europie lub USA są kręcone. Przyznam, że nie miałabym nic przeciwko filmowemu debiutowi… Niestety dzisiaj takiego pana nie było widać! Może był z samego rana? No trudno. Nie zostanę jednak drugą Kajol. Ale w sumie, Shah Rukh Khan i tak jest w Dubaju, to co mi po takim filmie, bez Szarika? ;)

Po pysznym śniadaniu/lunchu udaliśmy się na owy spacer po dzielnicy Fort (fort już dawno nie istnieje, bo był „za brytyjski” i go Hindusi sobie rozebrali na cegły), czyli między tymi wszystkimi największymi i najokazalszymi perełkami neogotyku, aż do samego kolejowego Dworca Wiktorii, co to teraz się dumnie zwie Chhatrapati Shivaji Terminus, gdzie po chwili zdezorientowania, zagubienia i zwątpienia, udało się nam w końcu trafić do „centrum rezerwacji” biletów indyjskiego pkp, by już po 10 minutach ściskać bilet na indyjski pekaes. No tak tu bywa, że plany trzeba nieco modyfikować. :)

Po zakupach biletowych, złapaliśmy taksę (czarno-żółtego Premiera) i pomknęliśmy przez muzułmańską dzielnicę do meczetu Haji Ali’s Mosque. Meczet ten znajduje przy wschodnim wybrzeżu, a aby do niego dotrzeć trzeba się przespacerować po takim pseudo „molu”, czy wale usypanym z kamulców (i niestety śmieci) i posmyranym asfaltem, na którym koczują żebracy, sprzedawcy słodyczy, chińskich plastikowych zabawek, wieńców z róż i jaśminu, jakichś dziwnych obrzędowych czerwonych tkanin haftowanych złotem plus kilku ludzi z wagami łazienkowymi, na których można się zważyć, oczywiście za skromną opłatą. Co za pomysł! Ważyć się publicznie i jeszcze za to płacić! No way!

Sam meczet nie okazał się jakiś szczególny. Podzielony na dwie części – męską i damską, w głównej sali (do której wstęp mają oczywiście tylko faceci, a baby zaglądają przez okienko, chociaż trzeba przyznać, że okienko bez krat!) rezydował jakiś kapłan, który przyjmował ofiary (kasę i coś płaskiego – może ten szal – zawinięte w gazetę), a w zamian udzielał błogosławieństwa. Babom przez to okienko, trzepiąc je po głowach czymś podobnym do kropidła. Zrezygnowałam z tego błogosławieństwa, chociaż nie wiem czy słusznie, bo po wyjściu z meczetu narobił na mnie (na szczęście nie na głowę) ptak! No cóż, Włosi by powiedzieli, że to dobry znak. I tego się trzymajmy!

Z meczetu udaliśmy się na spacer w kierunku plaży Girguam Chowpatty, na którą jednak nie dotarliśmy przed zmrokiem (i monsunowym deszczem), głównie dlatego, że co pięć minut zaglądaliśmy do różnych kapliczek i namiotów z posągami Ganeśi, czyli indyjskiego boga z głową słonia. Już kiedyś wspominałam, że Ganeśa to moje ulubione indyjskie bóstwo. Jestem mu nawet w stanie wybaczyć, że jego rumakiem i posłańcem jest szczur. Ale w sumie wyobraźcie sobie tę abstrakcję: człowiek z głową słonia galopujący na wielkim szczurze! To mogli wymyślić tylko Hindusi! Chociaż równie dobrze mogłaby to być scena z filmu sf: postatomowa wizja ziemi z jej zmutowanymi mieszkańcami. Takie wielkie szczury pojawiały się między innymi w „Metrze 33” Łukjanienki.

Anyway, wracając do Ganeśi… Nasz wyjazd przypadł na „hinduskie boże narodzenie”, czyli festiwal Ganesh Chaturthi, największy festiwal w roku, który trwa 10-11 dni, a w Mumbaiu jest obchodzony szczególnie hucznie. I chociaż sama kulminacja święta nas ominie (bo będziemy wtedy już smażyć tyłki na Goa, chociaż tam też może świętują), to i tak mieliśmy okazję zobaczyć i posłuchać bardzo fajnych rzeczy! Np. udało się nam zobaczyć posąg Ganeśi zrobiony z amerykańskich diamentów wysokości 22 stóp (prawie 7 metrów) niedaleko Mahalaxmi Temple (cudny!) albo posąg Ganeśi w drewnianym budynku przy Mint Road, będącym repliką pałacu w Mysore – od środka został ręcznie pomalowany na złoto i w przepiękne wzory. Ponoć przygotowywali go 3 miesiące, a po festiwalu zostanie ot tak zburzony!
Bo na czas festiwalu przed niemal wszystkimi stałymi (i zazwyczaj maleńkimi) kapliczkami Ganeśi, ustawiono mniejsze lub większe (raczej większe) namioty z wielgachnymi plastikowymi statuami boga-słonia, wszystko do późniejszego rozebrania. Przed niektórymi namiotami dodatkowo zbierają się bębniarze, którzy wygrywają wszędzie jeden i ten sam skoczny rytm. Czasami towarzyszą im fleciści. A dookoła, do utraty tchu tańczą Hindusi. Niejednokrotnie posypujący się kolorowymi proszkami, jak podczas święta Holi. Niesamowity, porywający, widok. Do tego trzeba dodać masę światełek rozpiętych na budynkach (zdecydowanie więcej niż u nas podczas Bożego Narodzenia), całe kawalkady petard, a czasem nawet fajerwerki (w tych bogatszych dzielnicach), samochody (ciężarowe i osobowe) obwożące posągi Ganeśi po mieście i można sobie wyobrazić, jaką ferią barw i dźwięków eksploduje Bombaj podczas Ganesh Chaturthi! Dodam tylko, że zgodnie z obyczajem, posągi Ganeśi są topione w morzu. Chociaż nie sądzę, żeby to uczynili z tym diamentowym!

No i na oglądaniu tych obchodów upłynął nam wieczór. A trzeba przyznać, że Bombaj nocą i cały w światełkach, kiedy nie widać brudu i upiornej momentami biedy, jest naprawdę piękny!

20130919-085213.jpg

20130919-085244.jpg

20130919-085345.jpg

20130919-085416.jpg

20130919-085304.jpg

20130919-085523.jpg

20130919-085541.jpg

20130919-085605.jpg

20130919-085656.jpg

20130919-085713.jpg

20130919-085853.jpg

20130919-085920.jpg

20130919-085949.jpg

20130919-090045.jpg

20130919-090553.jpg

20130919-090702.jpg

20130919-090723.jpg

20130919-090745.jpg

20130919-090803.jpg

20130919-091113.jpg

20130919-091133.jpg

20130919-091153.jpg

20130919-091357.jpg

20130919-094718.jpg

20130919-094746.jpg

20130919-094822.jpg

20130919-094936.jpg

20130919-095104.jpg

20130919-085740.jpg

c. d. n. …

Autor: | 2018-05-25T10:02:38+00:00 10.09.2013|Kategorie: Bombaj (Mumbai), Indie 2013, Indie Południowe, Indie भारत, Podróże|Możliwość komentowania Mumbai c.d. została wyłączona

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…