Nowy Sad (Serbia) i Ochryda (Macedonia)

Tu jesteś:, Podróże, SerbiaNowy Sad (Serbia) i Ochryda (Macedonia)

Jestem w Ochrydzie.
Do Ochrydy (Ochryda/Ohrid) przyjechałam z moim chórem na warsztaty i festiwal – będziemy reprezentować Politechnikę Warszawską podczas Ochrydzkiego Festiwalu Chóralnego (Ohrid Choir Festival). A przy okazji można się rozkoszować pięknem tutejszego krajobrazu!

Ohrid_01

Jezioro Ochrydzkie

Dotarliśmy tu po dwóch dniach jazdy autokarem (z przystankiem w Nowym Sadzie, w Serbii). Ale jazda klimatyzowanym autokarem, gdzie każdy ma swoje miejsce, a plecak jest bezpiecznie ulokowany w luku bagażowym, to prawie przyjemność w porównaniu do podróżowania indyjskimi autobusami :) Znaczy trochę zimno mi było, bo organizm jeszcze nie przywykł do niższych niż 37°C temperatur, a klima niestety działała bez zarzutu.
Podróżowaliśmy głównie w nocy, szybko dotarliśmy do Cieszyna, potem zasnęłam, a kiedy się obudziłam byliśmy już na Węgrzech. Na granicy z Serbią wróciły wspomnienia przekraczania granic samochodowych z paszportem w ręku – w końcu opuszczaliśmy Unię, a pan celnik bardzo rzetelnie spełniał swoje obowiązki i dokładnie przyglądał się zdjęciom. Z paszportami też śmieszna sprawa, bo mamy różniaste: i mega stare – niebieskie, i czerwone sprzed 2006 roku i czerwone późniejsze i te z izometrycznymi (czy coś tam) zdjęciami i z biometrycznymi… Tak więc trudno było znaleźć dwa podobne paszporty i na miejscu tego celnika, to też bym się przyglądała wszystkim bardzo podejrzliwie.

Około dziesiątej rano (w środę) dotarliśmy do Nowego Sadu (Novi Sad) – jednego z największych serbskich miast, gdzie mieliśmy  dziewięciogodzinny przystanek (kierowcy musieli odbyć przepisową przerwę). Zwiedzanie NS rozpoczęłyśmy od wizyty w McDonaldzie, gdzie w ramach śniadania wsunęłyśmy z dziewczynami lody (jagodowe!); potem był spacer w pośród budynków w klimacie SSSR (ach, jaki przystojny ten Ilicz! ;), męczące zdobywanie (w pełnym słońcu!) twierdzy nad Dunajem i piwo na zamkowym tarasie z widokiem na miasto. Koleżanka czystą polszczyzną dwie serbskie kobitki zapytała o jakąś niedrogą, a dobrą restaurację. O dziwo dogadała się, w związku z czym wylądowałyśmy w sympatycznej pizzerii, gdzie spałaszowałyśmy (w sześć bab) dwie ogromne pizze z lokalnymi dodatkami. Popołudnie spędziliśmy na pikniku w parku, a wieczór na spacerze po starówce z piękną gotycką katedrą. Mimo że to był środek tygodnia, całe stare miasto tętniło życiem, zadbane deptaki (w niczym nie ustępujące naszemu osławionemu warszawskiemu Krakowskiemu Przedmieściu) zastawione były restauracyjnymi ogródkami, które wypełnione były do ostatniego miejsca, a tłumy wesołych ludzi przepływały ulicami. Po dwudziestej pierwszej ruszyliśmy w dalszą drogę, a mniej więcej pół do czwartej dotarliśmy do granicy serbsko-macedońskiej, gdzie dopiero poczuliśmy klimat nie-unijno-europejski, bo trzymali nas prawie TRZY godziny – zwyczajnie zebrali paszporty i sobie poszli, a myśmy kwitli w autokarze. Za bardzo nie mieli się do czego przyczepić, więc nas w końcu wpuścili ;)

Przejazd przez Macedonię, aż do Jeziora Ochrydzkiego był bardzo przyjemny. Jechaliśmy przez piękne góry – zalesione, ale dziwnymi liściastymi drzewami – droga prowadziła przez doliny i trochę przypominała mi trasę do Katmandu.

Novi_Sad_01

Katedra

Novi_Sad_02

Jeszcze raz katedra, ale wieczorową porą

Novi_Sad_03

Staróweczka nocą

Wszyscy święci

Wszyscy święci

Dialog serbsko-polski - zamiłowanie do podobnych strojów pomogło się porozumieć ;)

Dialog serbsko-polski – zamiłowanie do podobnych strojów pomogło się porozumieć ;)

Do Ochrydu dotarliśmy koło dziewiątej rano (we czwartek). W ramach aklimatyzacji uderzyliśmy w miasto – bulwarem w kierunku starówki usytuowanej na zboczu góry, na szczycie której rozsiadło się wielkie warowne zamczysko. Ze zwiedzaniem twierdzy musiałyśmy się jednak wstrzymać, bo trzeba było wracać do hotelu na próbę (a całą pierwszą rozczytywaliśmy cerkiewny utwór macedońskiego kompozytora Atanasa Badeva pt. „Otcze nasz” – obowiązkowy na festiwal).  Jednak już wieczorem ruszyłyśmy na nocny podbój Ochrydy, który dla mnie okazał się trochę nieudany, bo zorientowałam się, że mi gdzieś przepadła jedna z kart kredytowych (raczej ją zgubiłam, niż ktoś inny się na nią połasił, bo nic innego mi nie zginęło), na szczęście żadne pieniążki się nie upłynniły, a samą kartę natychmiast zastrzegłam. Nową kartę. Nóweczkę, pierwszy raz użytą właśnie w Ochrydzie. Cóż. Bywa.

Piątek też spędziliśmy bardzo aktywnie – wraz z naszym „opiekunem” z ramienia festiwalu udaliśmy się na zwiedzanie Ochrydy. Oglądaliśmy dwunastowieczne i czternastowieczne cerkwie, odwiedziliśmy antyczny teatr (jeden bas z tenorem nawet zaśpiewali kawałek, aby sprawdzić akustykę :), muzeum ikon oraz muzeum w postaci starego domu o typowej dla Ochrydy architekturze (ze wspaniałymi drewnianymi stropach i schodami, a kolejne piętra wychodzą poza obrys poprzednich) i oczywiście dotarliśmy do fortecy, skąd roztaczał się wspaniały widok na jezioro i całe miasto. A jezioro Ochrydzkie leży na granicy z Albanią, w związku z czym albańskie góry cały czas majaczą gdzieś na horyzoncie. Z wyprawy wróciliśmy łódkami :)

Kąpieli w owym jeziorze też zdążyłam już zaznać :) Ochrydzkie plaże z reguły są kamieniste (poza bulwarami, które są wybrukowane kostką i są przystosowane do cumowanie łodzi), ale za to woda jest bardzo czysta i błękitna. Dodatkowym bonusem są fale, dlatego można odnieść wrażenie, że to jakaś morska zatoka a nie naturalny zbiornik ze słodką wodą – oczywiście do momentu, kiedy tejże wody się nie spróbuje :) Odwiedziliśmy też jedną z najbardziej popularnych ochrydzkich plaż – oddaloną od miasta o około 40 min. jazdy autokarem, piaszczystą (jeśli żwir o fi > 4 mm można nazwać piaskiem) – dużo przyjemniejszą niż ta nasza, kamienista. Woda  tam też była jakaś czystsza (jeszcze czystsza!), a turystów całkiem niewielu, ponieważ w Macedonii to już końcówka sezonu turystycznego. Zatem (na szczęście!) ominęło nas plażowanie wraz z setkami natłuszczonych oliwą Macedończyków i mogliśmy się w pełni rozkoszować urokami jeziora ;)

Wczoraj wieczorem oklaskiwaliśmy też z entuzjazmem taneczne i wokalne popisy Bułgarów i Serbów oraz kręciliśmy z powątpiewaniem łowami nad występami Tureckiego zespołu w ramach „Ohridsko Sonce – folklorny festiwal coś tam, coś tam”, który zaczął się kilka dni temu i potrwa aż do końca sierpnia. Z tego, co słyszałam od lokalsów i naszego „opiekuna”, w Ochrydzie ciągle odbywają się jakieś festiwale, niektóre nawet w owym antycznym teatrze. Tak więc raczej nie będziemy się tu nudzić, poza tym mamy też „nasz” chóralny festiwal :)

Tymczasem pozdrawiam z Macedonii, z balkonu na trzecim piętrze, skąd łapię sygnał wi-fi z sąsiedniego hotelu (dziękujemy hotelowi Millenium za niezabezpieczoną sieć!)
Aśka

Lejk Sajd :)

Lejk Sajd :)

Nabrzeże

Nabrzeże

Woda...

Wielka woda (te górki to już Albania)…

Ohrid_05

Jak widać, w Ochrydzie można przy cerkwi zjeść np. hamburgera…

Ohrid_06

Więcej cerkwi…

I jeszcze taka malutka

I jeszcze taka malutka

Ja i Wielki Błękit :)

Ja i Wielki Błękit :)

A tak się bawią Macedończycy...

A tak się bawią Macedończycy…

Domki, co się rozszerzają ku górze

Domki, co się rozszerzają ku górze

Taki wiatr tutaj wieje...

Taki wiatr tutaj wieje…

Autor: | 2018-05-25T10:04:41+00:00 24.08.2009|Kategorie: Macedonia (FYROM), Podróże, Serbia|12 komentarzy

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…