Go Ireland! Sligo!

Tu jesteś:, Irlandia 2008, PodróżeGo Ireland! Sligo!

Wpis wspominkowy, bo z 2008 roku (kiedy blog jeszcze nie istniał). jest to relacja z wyjazdu chóralnego na międzynarodowy festiwal Sligo International Choral Festival, który odbył się w październiku 2008 roku, w Sligo, w Irlandii.

23.10.2008, czwartek
Go Ireland!
Trochę się nadziało ostatnio. Na prawie tydzień zniknęłam z kraju, ponieważ razem z moim chórem wybyliśmy do zielonej Irlandii, gdzie braliśmy udział w międzynarodowym festiwalu!

Ogromnym zaskoczeniem było to, że Irlandia jest dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałam!
Tuż za Dublinem pojawiły się pierwsze zielone połacie pastwisk, gdzieniegdzie podzielone niskimi kamiennymi murkami. Co jakiś czas migały wioseczki, cudowne gotyckie kościółki ze strzelistymi wieżyczkami i pojedyncze maleńkie domki otoczone ogródkami, przycupnięte gdzieś w dolince. Sielskie widoki, które nieodparcie przywodziły na myśl tolkienowski Shire…
W okolicach miast można było także podziwiać okazałe domy w wiktoriańskim stylu, odrestaurowane w najdrobniejszym szczególe, które wcale nie straciły na swojej świetności – wręcz przeciwnie – zamieszkane od stuleci przez kolejne pokolenia tych samych rodzin, emanują swoistego rodzaju spokojem i ciepłem bezpiecznego domostwa.

Irlandia_02

Rosses Point (ir. An Ros), Sligo

Mieszkaliśmy w malowniczym miasteczku Rosses Point (irl. An Ros), położonym na obrzeżach Sligo (irl. Sligeach) – stolicy hrabstwa o tej samej nazwie, nad samym oceanem. Mały port, skaliste klify, latarnia morska na wyspie, na którą można się dostać suchą nogą w czasie odpływu i całe mnóstwo intensywnie zielonej trawy…

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy, urządzony został w stylu „English country” (a raczej „Irish Country”): tapety w róże, okazałe łoża nakryte wzorzystymi kapami, ciężkie zasłony, meble z bejcowanego na ciemno drewna, lustra w złoconych ramach i ryciny mogące z powodzeniem stanowić ilustracje do utworów Jane Austen, czy sióstr Brontë. W hallach kominki, a przed nimi wygodne skórzane sofy i fotele, w których można przysiąść z gazetą (najlepiej Irish Independent) i filiżanką herbaty (najlepiej Irish Breakfast) z mlekiem. Momentami rzeczywiście czułam się tam jak bohaterka jakiejś dziewiętnastowiecznej powieści. :)

Rosses Point (An Ross)

Rosses Point (An Ross), Sligo

Rosses Point (An Ross)

Rosses Point (An Ross), Sligo

Irlandia Rosses Point (An Ross) Latarnia

Rosses Point (An Ross), Sligo

Rosses Point (An Ross)

Rosses Point (An Ross), Sligo

Rosses Point (An Ross)

Rosses Point (An Ross), Sligo

Rosses Point (An Ross)

Rosses Point (An Ross), Sligo

W całej tej irlandzko-angielskiej scenerii my – polski chór… Ale trzeba przyznać, że ta nasza polskość wcale nie była – jakby to ująć – szczególnie egzotyczna…
Nawet w naszym hotelu część obsługi stanowili Polacy. Właściwie, to gdzie się nie ruszyliśmy, spotykaliśmy pracujących Polaków – w sklepach, pubach, restauracjach, fast foodach… Momentami wydawało się to męczące – tak bardzo chcieliśmy sobie porozmawiać z kimś po angielsku, a tu noup. Rdzenni wyspiarze chyba nie byli zachwyceni tak liczną mniejszością zamieszkującą w ich mieście. Kiedy pytali, skąd jesteśmy, a my odpowiadaliśmy, że z Polski, to trochę gaśli; ale gdy dodawaliśmy, że przyjechaliśmy na festiwal, natychmiast się rozpromieniali – bo byliśmy w ich oczach turystami, nie potencjalną tanią siłą roboczą, zalewającą ich kraj… Zabawne, ale za razem i smutne.

Festiwal odbywał się w samym Sligo. Jest to magiczne miasteczko z malowniczymi kamieniczkami o kolorowych (głównie czerwonych i zielonych) oknach i drzwiach. Na parterze kamienic często usytuowane są urocze sklepiki i puby o witrażowych oknach. Prawie w każdej witrynie pojawiały się już halloweenowe dekoracje – nie zależnie, czy była to apteka, piekarnia, czy sklep z eleganckimi ubraniami. Przez środek miasteczka przepływa rwąca rzeka (o ciemnej wodzie i żółtawej pianie – niemal jak Guinness ;), nad którą poprzerzucane są kamienne mostki.
Na mnie osobiście wielkie wrażenie zrobiło Sligo Abby – XIV-XV wieczne ruiny benedyktyńskiego klasztoru, przez lokalnych nazywane po prostu „opactwem” (ang. abby). Mogliśmy tam podziwiać świetnie zachowane gotyckie ostrołuki, przypory, główny ołtarz, z którego są niezwykle dumni, dziedziniec otoczony krużgankami, a na tyłach mały cmentarz z celtyckimi krzyżami…

Irlandia_04

Sligo Abbey, Sligo (irl. Sleigh)

Irlandia_05

Na cmentarzu przy Sligo Abbey

Nieopodal centrum znajduje się kampus instytutu technicznego – odpowiednika polskiej politechniki. To właśnie tam odbywały się konkursowe przesłuchania i koncerty. Chodziłam sobie korytarzami nowoczesnych budynków i zwyczajnie zazdrościłam: przestronne sale wykładowe i korytarze, co chwilę płaskie ekrany nadające studencką tiwi, drzwi na fotokomórkę, kraniki ze stali nierdzewnej z wodą pitną, jak w „hamerykanskim hajskul” – wszędzie ładnie, czysto, nikt niczego nie dewastuje… Sal nie zamyka się na klucz, bo i po co? Nawet ta, w której trzymaliśmy nasz staf się nie zamykała – co dla nas było nie do pomyślenia, bo jak tu zostawić rzeczy bez opieki?! Dla nich, z kolei, nie do pomyślenia byłoby, że ktoś mógłby sięgnąć po cudzą własność… Lata świetlne nas dzielą… Unfortunately. I nie chodzi mi wcale tylko o ten hi-tech…

W festiwal zaangażowane było całe miasto. Całe.
Lista sponsorów, wyświetlana na małym telebimie, ciągnęła się w nieskończoność – miało się wrażenie, że każdy sklep, każda działalność – od fryzjera począwszy, na Tesco Ireland Local Store skończywszy – przyłożyła się do organizacji konkursu. Drugą połowę sponsorów stanowili prywatni ludzie – Mr i Mrs X, Sir Y, Miss Z… Coś niesamowitego! Pamiętam, jak my zabiegaliśmy o sponsorów, kiedy organizowaliśmy festiwal chóralny na politechnice – to była droga przez mękę, która niestety czeka nas ponownie w najbliższym czasie. Ale jakoś nie wydaje mi się, aby stołeczne Tesco zechciało nas kiedykolwiek  wspomóc w jakikolwiek sposób. Anyway..

Irlandia_06

At Helloween Time…

Jeszcze nie doszłam do siebie po podróży – wieczorkiem popijamy sobie ciemne piwo (Kondi z kufla, który mu kupiłam w Guinness Store) i cydr, zajadamy się irlandzkimi fadżamikukisami (dlaczego limit na bagaż to tylko 20 kg?!), oglądamy zdjęcia… Cały czas próbuję sobie przedłużyć nastrój, który mnie tam ogarnął, a który tak trudno mi zdefiniować…
Powrót do rzeczywistości nieubłaganie nadszedł, ale pobyt w Irlandii zdecydowanie odcisnął ślad gdzieś tam w środku mnie… Zawsze marzyłam, żeby ten kraj odwiedzić i jestem szczęśliwa, że udało mi się to marzenie spełnić, ale chyba już zawsze będę tam tęsknić.
Asia

☘☘☘

[jetpack_subscription_form show_subscribers_total=0 title=0 subscribe_text=”Nie chcesz przegapić kolejnego konkursu? Subskrybuj nasz blog Byłem tu. Tony Halik. przez e-mail.” subscribe_button=”Zapisz się!”]
Autor: | 2018-05-25T10:03:39+00:00 07.09.2010|Kategorie: Irlandia, Irlandia 2008, Podróże|Tagi: |3 komentarze

O autorze:

Pracuje na jednej z warszawskich uczelni jako adiunkt, gdzie walczy z betonami, polimerami i studentami. W wolnym czasie bloguje o podróżach, gotowaniu i ciuchach; z uporem maniaka uczy się japońskiego. Ładnie narysuje i rewelacyjnie gotuje! Ma bzika na punkcie swoich 2 kotów…